środa, 17 lutego 2016

Rozdział 9

Rozdział 9

Przyjaciołom należy przebaczać





Alice’s POV

Powrót do szkoły za drugim razem był o wiele trudniejszy. Za pierwszym razem otaczały mnie fałszywe uśmiechy, teraz wytykali mnie palcami i szepcząc między sobą nazywali wariatką. Kto wie? Może nią byłam?
Okryłam się bardziej bezkształtnym swetrem i spuściłam głowę. Przyspieszyłam kroku, żeby jak najszybciej mieć za sobą ten marsz wstydu. Przynajmniej Lucy i David nie wciskali sobie języków do gardeł, gdy przeszłam obok nich. Wciąż w głowie mi się mieściło jak moja przyjaciółka mogła odebrać mi chłopaka, ale na tych nowych psychotropach nie czułam złości. Niestety nie wyeliminowały one strachu, który wciąż we mnie drzemał. Wciąż czułam nieprzyjemny ucisk w żołądku, jakbym miała dostać kolejnego ataku paniki lub złości. Sama nie wiedziałam już co gorsze.
Stanęłam przed drzwiami do klasy od biologii. Serce biło mi nienaturalnie szybko, a palce zaczęły się pocić. Wszystko dookoła zaczęło wirować, nie tracąc przy tym ostrości konturów. Poczułam się przytłoczona światem i każdym szeptem, nawet tym nieskierowanym do mnie.
Muszę stąd iść, przemknęłam mi przez głowę. Muszę uciec.
Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam biegiem przez korytarz. Mój nowy terapeuta nie byłby ze mnie dumny. On twierdził, że ucieczka nigdy nie jest rozwiązaniem, ale ja twierdziłam inaczej. Ona była najprostsza, a ja takich wyjść z sytuacji potrzebowałam.
Wypadłam na zewnątrz i zaczerpnęłam tchu. Świat w końcu przestał krążyć z tak zawrotną prędkością, a przestrzeń mnie otaczająca nie była już tak klaustrofobiczna.
Oparłam się o ścianę i przymknęłam powieki. Krew szumiała mi w uszach po biegu zupełnie tak jak podczas tańca, co było nawet przyjemne. Złudzenie przeszłości, które mogłoby mącić mi umysł nawet do końca życia… To też byłoby dobre rozwiązanie, ale nie zwariowałam do tego stopnia, żeby wytworzyć mój własny świat.
Szkoda.
Uniosłam powieki i spojrzałam na Lasey, Davida, Lucy i jeszcze kilka innych osób, których mogłabym uznać za moich przyjaciół. Szli do auta, więc pewnie urywali się na wagary. Chodziłam kiedyś na wagary wraz z nimi. Bawiliśmy się razem. Razem się śmialiśmy.
A teraz śmieją się ze mnie.
-Biedactwo! – Lasey zwróciła się w moją stronę. – Psychotropy – wyżarły – ci – mózg? – Specjalnie mówiła wolniej i głośniej, jakby chciała dogadać się z kimś opóźnionym umysłowo. Zmrużyłam lekko oczy, a na język cisnęły mi się riposty, ale niczego nie mogłam z siebie wykrztusić. Bardziej skupiłam się na tym, dlaczego postanowiła zwrócić na mnie uwagę. Dlaczego po prostu mnie nie zostawiła w spokoju? Owszem, nigdy się nie lubiłyśmy, głównie dlatego, że obie walczyłyśmy o uwagę innych, ale teraz gdy oddałam jej wszystko walkowerem, mogła mi odpuścić.
Odepchnęłam się od ściany i chciałam odejść, ale Lucy szarpnęła za rękaw mojego swetra ze złośliwym uśmieszkiem. Dlaczego nawet ty? Spojrzałam na podciągnięty niemal do łokcia rękaw i cienkie blizny nachodzące na siebie i ciągnące aż do zagięcia łokcia, a potem w twarz kogoś kogo nazywałam przyjacielem.
-Jesteś tak żałosna – kontynuowała Lacey, podczas gdy Lucy wciąż trzymała mój rękaw. – Wiem, że zawsze rywalizowałyśmy, ale żeby wykorzystać śmierć siostry do tego, żeby ułatwić sobie życie… To naprawdę żałosne.
Otworzyłam szerzej oczy. Nie rozumiałam, co za bzdury ona wygadywała. Nic z tego, co mówiła nie mieściło mi się w głowie.
Wyrwałam ramię z uścisku i już miałam wrócić do szkoły, gdy zrozumiałam, że nie tego chciałam. Poszłabym trudniejszą drogą i do końca dnia czuła, że każdy na mnie patrzy i ocenia. Nie tego chciałam. Naprawdę chciałam uciec, ale jeszcze nigdy tego nie robiłam… Nie tak naprawdę, gdy po prostu się odchodzi.
Odwróciłam się i ruszyłam niepewnym krokiem przed siebie. Pogoda jakby czuła moje zdenerwowanie i  łącząc się ze mną w smutku, lunęła deszczem nad Portland.
Odejście nie było trudne. Odchodzenie nigdy nie jest trudne, trudne jest przełamanie się do tego.

***

-Jak było w szkole? – spytała mama, gdy usiadłam do stołu. Nikt jeszcze nie wrócił do domu, więc uznałam, że pouczę się w kuchni. Nie byłam w szkole, ale musiałam chociaż stwarzać pozory. Mój psychoterapeuta należał do tych, którzy wszystko załatwiali większą dawką leku, więc podejrzewałam, że i ten problem by tak rozwiązał.
-Dobrze – skłamałam. Gdyby mama dowiedziała się o małym incydencie na pewno zrobiłaby rabanu w szkole. Nie było mi to potrzebne.
-Dużo masz zadane?
Pokręciłam głową i wczytałam się w drobne literki w podręczniku od historii. Przez moment analizowałam akapit na temat roli Nilu w gospodarce starożytnego Egiptu, gdy zadzwonił mój telefon. Zobaczyłam na nim numer Lucy, więc natychmiast nacisnęłam słuchawkę.
-Nie odbierasz? – spytała mama. Znów pokręciłam głową.
-Nie powinnaś odcinać się od przyjaciół.
-Nie odcinam – odparłam. Zdobyłam się nawet na wymuszony uśmiech, ale chyba wyszedł zbyt sztucznie, bo pomiędzy brwiami mamy pojawiła się niewielka zmarszczka – oznaka zmartwienia.
Mój telefon po raz kolejny zabrzęczał. Na ekranie wyświetliła się wiadomość od Lucy.

Lucy: Nie wiem, co mnie napadło. Przepraszam.

Pokręciłam do siebie głową i usunęłam wiadomość. Zaraz potem zrobiłam to z kontaktami moich „przyjaciół”.

Obudziłam się z wrzaskiem. Strużka zimnego potu spłynęła mi po plecach, gdy starałam się złapać oddech. Zapaliłam światło w pokoju i otworzyłam okno, żeby wpuścić trochę świeżego powietrza, ale niewiele to dało. Wciąż było mi duszno i czułam się niekomfortowo we własnej skórze. Mętlik myśli i skurczenie się od środka… Atak strachu i paniki zaćmił mi umysł. Zebrało mi się na mdłości.
Oparłam się o biurko i zacisnęłam palce na jego brzegu. Uparcie próbowałam złapać oddech, ale moje wnętrzności skurczyły się. Muszę stąd wyjść. Muszę się stąd wydostać.
Odrobinę mnie zaćmiło i na wpół przytomnie wyszłam z pokoju i schodami zeszłam na dół.  Niemal natychmiast uderzyło mnie zimne wieczorne powietrze, ale nie otrzeźwiło umysłu. W głowie miałam tylko jedną myśl. Idź. Musisz iść dalej.
Szłam chwiejnym krokiem w kierunku przeciwnym do muzyki. Któreś bractwo robiło tamtego dnia imprezę i wszyscy na niej byli. Jade wyjątkowo mi odpuściła, ponieważ i Dylan tam był. No ale kogo tam nie było?
Powoli oddalałam się od ludzi, zagłębiając się w akademicki ogród, który mimo jesiennej pogody i wszechpanującego zimna zachował piękno lata. Jak przez mgłę do mojego mózgu dotarła informacja, że od mrozu bolą mnie stopy. Nieprzytomnie spojrzałam na kałużę w której stałam.
-To przez ciebie jest mi zimno – zachichotałam, chociaż ten dźwięk przypominał tłuczone szkło. Przez moment przyglądałam się swojemu odbiciu w wodzie. Naprzeciw mnie widziałam dziewczynę z ogromnymi podkrążonymi oczami i rozbieganym spojrzeniem. Była blada i przygryzała wargę.
Oderwałam wzrok od odbicia i usiadłam w kałuży mocząc moją piżamę. Po moim kręgosłupie przeszedł delikatny dreszcz. Spojrzałam w gwieździste niebo i podciągnęłam kolana pod brodę. Starałam się przypomnieć sobie, co takiego mi się śniło, że wywołało aż tak silny atak paniki.
Nie musiałam daleko szukać odpowiedzi. Obraz przeszłości zalał mnie jedną falą. Śniła mi się Lucy i Lacey. Każda docinka, którą wystosowały w moim kierunku. Wszystko to, co sprawiało, że chciałam odejść. Po odejściu Rose zrozumiałam czym jest okrucieństwo ludzi. Lacey wymyśliła bajkę o tym, że chciałam wykorzystać śmierć Rose do zdobycia jeszcze większej popularności i zdobycia litości innych. Nikomu nie przeszło przez myśl, że naprawdę cierpiałam. Nikt nie pomyślał, że te dni, gdy zamykałam się w pokoju i płakałam były wywołane depresją. Nie zastanowiło ich to, że tak gorączkowo chciałam zakryć ciało, bo każdego dnia zdobywałam kolejną bliznę. Nie wierzyli, że naprawdę pragnęłam uciec od mojego największego problemu – życia.
Przez ostatnie dwa lata uciekałam. Uciekałam przed przeszłością, przed życiem i przyjaciółmi. Wciąż uciekam i miałam świadomość, że to nie ulegnie nigdy zmianie. Może gdybym wtedy, po powrocie do szkoły, przyjęła przeprosiny Lucy, to wszystko potoczyłoby się inaczej? Może przyjaciele przyjęliby mnie z otwartymi ramionami, a ja zachowałabym to kim byłam wcześniej, nawet jeśli byłam kimś takim jak Lacey? Może gdybym nie uciekała to wróciłabym do tańca? Może ułożyłoby się mnie i Davidowi? Może teraz tańczyłabym na kolejnej imprezie? Moje życie mogłoby potoczyć się całkowicie inaczej…
Przesunęłam wzrokiem po jaśniejących konstelacjach. Mogłabym być tym kim byłam i tak mi się zdaje, że ta droga byłaby prostsza. Zapomnienie jest o wiele łatwiejsze niż ucieczka.
-Alice?! – zawołał ktoś w oddali. A może tylko mi się zdawało? – Alice?!
Usłyszałam kroki i ktoś stanął obok mnie.
-Musiałam się nieźle natrudzić, żeby stamtąd uciec – powiedziałam do siebie. – I dlatego to tak bardzo męczące. Wciąż tylko uciekam, a przeszłość i tak mnie dopada.
-O czym ty mówisz, Alice?
Podniosłam wzrok na mojego gościa i dopiero teraz dotarło do mnie, że to Dylan pochylał się nade mną. Miał zmartwioną minę.
-Mówię o tym, że nie jestem żałosna – odparłam. – Owszem, często uciekam od problemów, ale nigdy nikomu nie było mnie żal. Sama nigdy nie użalałam się nad sobą i przez ostatnie dwa lata dążyłam do tego, żeby zmienić chociaż najmniejszą rzecz i… i… Chyba sobie zasłużyłam na to, co się ze mną dzieje, bo kiedyś wcale nie byłam dobrym człowiekiem.
-Nic z tego nie rozumiem, Alice.
Zerwałam się z ziemi i cofnęłam o krok.
-Myślisz, że teraz mnie pragniesz? Jeszcze nie tak dawno temu mogłabym sprawić, że padłbyś mi to stóp i skomlał o spojrzenie! Byłam idealna! Moje ciało nie miało żadnej skazy! Wszyscy mnie uwielbiali, a nawet jeśli tego nie robili to udawali, bo jak można było mnie nie kochać? Miałam czysty umysł, niezmącony strachem. Miałam tylko jedną wadę – byłam bardzo zepsuta. Wtedy byłam żałosna, teraz jestem złamana. Najpierw tylko na pół i mogłabym się po tym pozbierać, ale oni mi nie odpuścili. Zmieniłam się niemal w proch i pył…
-Nigdy nie twierdziłem, że jesteś żałosna.
-Miesiąc temu tak powiedziałeś. Przyszedłeś do mnie i powiedziałeś mi w twarz, że jestem żałosna! Powiedziałeś też, że chcesz mnie przelecieć, ale żałosnych się przecież nie tkniesz. Jakbym była jakąś chorobą!
-Nie jesteś żałosna, Alice. Nic nie pamiętam z tamtego wieczoru, ale nigdy nie uważałem, że jesteś żałosna… Może dziwna, ale nie żałosna.
-In vino veritas! Pijani mówią prawdę!
-Nie zawsze. Ja wtedy gadam głupoty i robię głupoty.
Przyjrzałam mu się przez moment.
-To teraz powiedz mi prawdę – szepnęłam. – Co jest ze mną nie tak, że nie chcesz ze mną być?
-To nie z tobą jest coś nie tak, bo jesteś cudowna. Tylko że właśnie z tobą trzeba być, dbać i chodzić na randki. To nie dla mnie. Chcę cię tylko zaliczyć, nic więcej, więc to nie z tobą jest coś nie tak.
Zatrząsłam się i nim spostrzegłam na moje policzki trysły łzy. Ostatnim razem nie wybaczyłam przyjaciółce. Tym razem mogłam wybaczyć jemu.
Pociągnęłam nosem i pokiwałam głową.
-Okej – wyszeptałam.
-Chodź, odprowadzę cię do akademika. Jade strasznie się martwi – powiedział.
-Jade? – wymamrotałam.
-Tak. Przyszła z imprezy i zobaczyła, że cię nie ma. Zadzwoniła do mnie i po jeszcze parę osób, a potem poszliśmy cię szukać. Co ty tutaj w ogóle robiłaś?
Pokręciłam głową.
-Nie chcesz wiedzieć.
-Chyba jednak chcę. – Okrył mnie swoją bluzą. – Nikomu nie powiem, Alice.
-Miałam sen… wspomnienie… Trochę spanikowałam. Potrzebowałam powietrza i wyszłam się przewietrzyć.
-W piżamie?
-Nie myślałam trzeźwo, dobra?
-A… od czego uciekłaś?
-Ja wciąż uciekam i nie chcę o tym rozmawiać. Nie mam ochoty wracać do tego, co mnie zniszczyło. Przyjechałam tutaj, żeby zacząć od nowa i stać się lepszą osobą.
Dylan rzucił mi spojrzenie z ukosa, a potem kiwnął głową. Przez resztę drogi do akademika szliśmy w milczeniu. Mój towarzysz co jakiś czas rzucał mi spojrzenie, którego nie potrafiłam rozszyfrować, ale nie pytałam. To mogłoby być dobrym zakończeniem historii. Wyjechałam i odnalazłam szczęście wśród przyjaciół, zapominając o niewygodnej przeszłości.
Ale przeszłość upomni się o nas prędzej czy później.
Weszliśmy do Silver Hall. Bez pośpiechu wspięłam się po schodach i ruszyłam do mojego pokoju. Dylan był zaledwie kilka kroków za mną i wciąż nie spuszczał ze mnie wzroku. Odwróciłam się do niego, gdy byłam przy drzwiach.
-Wszystko okej? – spytałam.
-To ja powinienem zadać to pytanie – odparł i otworzył przede mną drzwi. W środku zastaliśmy całą ekipę poszukiwawczą, na którą składali się Chris, Ethan, Chace, Zoey, Ian, Luke, Margo, Bianca i Tayler oraz Jade. Moja współlokatorka podskoczyła do mnie i zarzuciła mi ramiona na szyję.
-Boże, nie rób tego nigdy więcej – szepnęła.
-Gdzieś ty w ogóle była? – spytał Luke. Miał głębokie cienie pod oczami. Zapewne wyrwano go ze snu, żeby mnie szukać.
-W parku – odparłam.
-W piżamie? – zdziwił się. – Mówiłaś o tych wypadach Aleksowi? Lub rodzicom?
Rzuciłam mu wrogie spojrzenie.
-Nie będziemy teraz do tego wracać – syknęłam.
-Alice, kiedy się nauczysz, że ta droga nie będzie krótka? Musisz im powiedzieć, żeby ci pomogli.
-I zabrali mnie znowu do tego piekła, tak? – warknęłam. – Myślisz, że chcę tam wracać i każdego dnia patrzeć na ich nieme pytania? Nie chcę tam żyć, wiedząc, że bez zastanowienia wymieniliby mnie na Rose…
-To nie jest tak. Nigdy by tego nie zrobili…
-Zrobiliby. Rose była…
-Rose była podła i wyrachowana jak ty – odezwała się Margo. – Może i nie była tak zepsuta jak ty, ale byłyście siebie warte. Nawet nie wiesz jak bardzo żałowałam, że nie skończyłaś tak jak ona, ale teraz gdy na ciebie patrzę to widzę, że dobrze się stało, bo ty potrafisz się zmienić, a Rose nie mogłaby tego zrobić.
Przyglądałam się Margo. Znałyśmy się jeszcze z liceum, gdy była naprawdę pulchniutką i mało urodziwą dziewczyną. Kiedyś nie zwracałam na nią uwagi, ale raz przyszła do mojej szkoły tańca i była dobra. Za dobra, stanowiła zagrożenie, więc postanowiłam zdusić ją w zarodku. Nie zrobiłam tego zbyt przyjaźnie, ale nie sądziłam, że nienawidziła mnie do tego stopnia, że życzyła mi śmierci.
-Myślę, że powinnaś powiedzieć rodzinie – dodała Margo. – Bo nawet jeśli zamieniliby cię na Rose, to nie mogą ciebie stracić. Postaw się na ich miejscu… Gdybyś miała stracić jeszcze kogoś ważnego.
-Dobra. Sama im powiem – skłamałam. Nie miałam zamiaru nic mówić na temat tego, że boję się wrócić. Gdyby dowiedzieli się, że nie potrafię wyleczyć się z mojej przeszłości, to na pewno kazaliby mi wrócić i tym samym urzeczywistniliby mój największy koszmar. Wolałam nie ryzykować.
-Myślę, że należą nam się wyjaśnienia, co do tej dziwnej rozmowy – odezwała się Jade. Po pokoju roztoczył się cichy pomruk aprobaty dla tego pomysłu.
-Nie dziś – wtrącił Dylan. – Gdy Alice będzie gotowa to sama nam powie. Dziś i tak wszyscy jesteśmy zmęczeni, więc proponuję powrót do pokoi.
Posłałam mu wdzięczne spojrzenie, a on uśmiechnął się lekko.
-Hm… Może rzeczywiście – mruknęła moja współlokatorka. Zerknęła na mnie lekko zaniepokojona. – Wyglądasz na naprawdę zmęczoną.
-Bo jestem zmęczona – zapewniłam. Opadłam na moje łóżko i podciągnęłam nogi pod szyję.
Wszyscy zaczęli zbierać się do wyjścia. Pożegnali się krótko, ja przeprosiłam za to, że tak bardzo ich zmartwiłam i rozstaliśmy się w pokoju.
-Margo – powiedziałam jeszcze za nią.
-Hm? – Odwróciła się w moją stronę.
-Przepraszam za tamto.
-Już za to zadośćuczyniłaś.

Zamknęła za sobą drzwi i ja i Jade zostałyśmy same. Przyjaciółka spojrzała na mnie zaniepokojona, gdy łyknęłam Valium – jak zwykle przed snem – a potem sama położyła się i zasnęła.