sobota, 7 listopada 2015

Rozdział 8

Rozdział 8

Klub Złamanych Serc





Alice’s POV

Mama uścisnęła moje ramię i uśmiechnęła się delikatnie. Nie miałam pojęcia, jak potrafiła uśmiechać się mimo łez, które spływały po jej twarzy. Ja nie potrafiłam czegoś takiego dokonać i pomyślałam wtedy, że może tylko najsilniejsi potrafią uśmiechać się mimo smutku.
-Alice – zaczęła, ale urwała, zupełnie jakby szukała odpowiedniego słowa.
-Chcecie wysłać mnie na terapię – podpowiedziałam. Zaraz po śmierci Rose nie chciałam się na to zgodzić, chociaż każdy zobaczył, że mnie to uderzyło najbardziej. Upierałam się jednak, że nie potrzebuję interwencji psychologa. Wtedy udało mi się ich przekonać, ale teraz, po tym co zrobiłam, nie było takiej opcji.
-To wszystko dla twojego dobra, kochanie.
Skinęłam głową.
-Tak, wiem – odparłam. Spojrzałam na szron, który osadził się na oknie. Wpatrywałam się w mroźne wzory, zupełnie jakby mogły zdradzić mi jakąś tajemnicę.
-Za kilka dni wypuszczą cię ze szpitala – dodała. – Dostaniesz zwolnienie ze szkoły na tydzień, a potem zaczniesz chodzić do terapeuty. Na pewno ci pomoże.
-Okej – mruknęłam i przymknęłam powieki.
-Alice, obiecaj mi, że postarasz się to zrobić.
Uśmiech zniknął z twarzy mamy. Nie zdobyła się też na żaden grymas, przez co jej twarz przypominała bladą maskę. Gdyby nie to, że obezwładniające znieczulenie pozbawiało mnie emocji, to zapewne po moim ciele przeszedłby dreszcz.
-Dobrze – powiedziałam.
-Zrozum, że nie możesz tego zmarnować – przemówiła po raz kolejny. – Po tym jak wszyscy starali się, żebyś przeżyła… Po podwójnym przeszczepie, którego dokonano, powinnaś być bardziej wdzięczna i nie oddawać tego z taką łatwością.
No tak, podwójny przeszczep. Serce i wątroba.
Biorąc pod uwagę obrażenia to ja miałam mniejsze szanse na przeżycie. Potrzeba dwóch przeszczepów, z czego oba były niezbędne do życia. Złamane siedem żeber, kość promieniowa, rozbita czaszka, niemal zmiażdżona noga, krwotok wewnętrzny… Było tego więcej, ale straciłam rachubę.
Za to na Rose nawet nie było nic widać. Gdy pierwszy raz zobaczyłam jej ciało byłam pewna, że zaraz się obudzi i razem wrócimy do domu.
Ale ona nie wstała.
Z nas dwóch ona powinna była przeżyć i czułam, że byłam jej to winna. Jeśli ona nie żyła to i ja nie powinnam.
-Nie chciałam – wymamrotałam. – Nie chciałam tego cholernego przeszczepu. Podjęliście za mnie decyzje.
-Nie mów tak, Alice.
Otwierałam już usta, żeby odpowiedzieć, ale do mojego szpitalnego pokoju wszedł David. Miał potargane włosy i niedopiętą koszulę.
-Dzień dobry, pani Gray. Czy mógłbym zająć chwilkę? Muszę coś przekazać Alice – powiedział. Zagryzłam wargę, żeby nie palnąć czegoś głupiego. Wkurzało mnie, że nikt mnie nie zapytał o to, czy miałam ochotę widzieć mamę albo Davida. I co niby tak ważnego on mógł mi przekazać?
-Oczywiście – odparła mama i znów się uśmiechnęła. – Tylko nie za długo. Alice jest zmęczona.
Nie, Alice wcale nie jest zmęczona, pomyślałam.
-O co chodzi? – spytałam. Przez sekundę chciałam zmusić mięśnie twarzy, żeby ułożyły się w uśmiech, ale nie mogłam tego dokonać.
-Słuchaj, Alice, ja wiem, że to pewnie nie jest odpowiedni moment, ale myślę, że powinniśmy się rozstać.
Ściągnęłam lekko brwi. Nie czułam się jakoś specjalnie źle, gdy to mówił. Byłam raczej zaskoczona.
-Dlaczego?
-Gdy się poznaliśmy byłaś niesamowita. Pełna życia i radości. Rozświetlałaś pomieszczenie, do którego wchodziłaś…
-Jakie ro poetyckie – zadrwiłam.
-Zakochałem się w dziewczynie, która potrafiła odwołać randkę, żeby przygotować się do recitalu – kontynuował niezrażony. – Teraz, gdy rzuciłaś wszystko, jesteś… jesteś tylko żałosna. I ja wiem jak to brzmi, ale… nie ma już tego czegoś…
-Wyjdź już – powiedziałam zmęczonym tonem. – Po prostu wyjdź i nie patrz na to, jak bardzo żałosna się stałam. – Słowo „żałosna” wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
-Przykro mi, Alice… Postaraj się mnie zrozumieć. To dla mnie za trudne.
Zacisnęłam palce na wykrochmalonej pościeli. Nienawidziłam szpitali, a teraz do listy nieszczęść ich dotyczących mogłam też dodać utratę kolejnej bliskiej osoby.
-Po prostu się wynoś – szepnęłam. – Po prostu wyjdź.

Przez ostatni miesiąc odrobinę zwiększyłam dawkę moich leków. Zazwyczaj brałam połówki, żeby nie być tak otępiała, ale od tamtego pocałunku wszystko we mnie drżało. Nie potrafiłam zachować spokoju i chociaż liczyłam, że normalna dawka Deprexanu odrzuci uczucia, tak jak to było na początku terapii, okazało się jednak, że pozbyłam się tylko nieprzyjemnych fizycznych objawów. W mojej głowie wciąż wszystko szalało.
Zwiększyłam też dawkę Valium, co zauważyła Jade. Wciąż utrzymywałam, że to witaminy, ale ona zawsze protekcjonalnym tonem mówiła, że mam „uważać na te witaminki”. Nie słuchałam jej, bo gdyby nie Valium, to bym nie zasnęła.
-Wiesz, Ian pytał ostatnio o ciebie – powiedziała Jade. Zrobiła to niby od niechcenia, ale ja wiedziałam, że po raz kolejny próbowała dowiedzieć się, dlaczego unikałam Dylana.
-I co?
-Zastanawia się, czy masz zamiar oblać jego przedmiot. Trochę mu przykro, bo pokładał w tobie nadzieję.
-Byłam tylko na jednej lekcji.
-I co z tego? W naszej grupie pojawiło się jeszcze czterech uczniów, którzy nie są zbyt kreatywni…
-Aha. Nie wiem… Może wrócę na zajęcia.
-Serio? Super! Niech tylko Dylan się dowie…
-Wciąż nie chcę z nim rozmawiać – oznajmiłam.
-Dlaczego po prostu mi nie powiesz, co się dzieje? Do cholery, ty wysłuchujesz problemów wszystkich dookoła, więc i my możemy wysłuchać ciebie, prawda?
-Jade, przestań kombinować.
-Ja nic nie robię – odparła. – Nie chcesz ze mną gadać, to nie – mruknęła i wróciła do przeglądania Facebooka w swoim telefonie. Nie podejrzewałam jednak, że to podstęp i ściągnęła do naszego pokoju Ethana, Zoey i Biancę.
-Skoro nie chcesz rozmawiać ze mną, to nasza czwórka wspólnie przyciśnie cię do ściany – oznajmiła moja współlokatorka. Spojrzała na mnie z szerokim uśmiechem, który nie pasował do jej ostrzegawczego tonu. – Teraz masz ostatnią szansę, żeby wszystko wyśpiewać.
-Nie będę niczego śpiewać.
Bianca skrzyżowała ramiona na piersi i spojrzała na mnie, unosząc brwi.
-Słuchaj, młoda, nie będziemy się bawić w podchody. Jest z tobą źle, więc albo nam powiesz, co jest albo zadzwonię do twoje brata i powiem mu, co odwalasz, jasne? – ostrzegła. – I wtedy on zabierze cię do Portland.
-No może nie tak ostro, ale na pewno zgłosimy to psychologowi. Nawet nie wiemy, co to za witaminki – dodała Zoey.
-Ważne – odparłam cicho. – I śmiało, dzwońcie. Jade na to nie pozwoli, bo za bardzo chce się dowiedzieć, co się stało.
-Piernicze, ja nie jestem Jade! – Bianca wyrzuciła ramiona w powietrze. – Dosyć, idę po psychologa! Trzymajcie ją tutaj – rozkazała i zawróciła. Wiedziałam, że mówiła poważnie, a nie mogłam sobie pozwolić na kolejną interwencję jakiegoś psychiatry, psychologa, terapeuty czy kogo tam jeszcze. Nie, nigdy więcej.
-Dylan mnie pocałował! – zawołałam, nim zdążyłam pomyśleć. Mogłam skłamać, cokolwiek, ale powiedziałam prawdę.
-I to źle? – zdziwiła się Jade. Przekrzywiła lekko głowę.
-Potem powiedział, że zrobił to, bo chciałby się ze mną przespać, ale nie zrobi tego, bo jestem zbyt żałosna – dodałam. Poczułam gorzki smak w ustach i pieczenie w kącikach oczu. – Ale nie chcę należeć do pieprzonego klubu złamanych serc, okej?
Ethan zaśmiał się cicho.
-Nikt tego nie chce, a i tak w nim jesteśmy – powiedział. Podniosłam gwałtownie głowę i spojrzałam na niego. Zazwyczaj nie okazywał zbyt wielu emocji, ponieważ był jak chodząca nieśmiałość, ale teraz uśmiechał się do mnie w tak ciepły sposób, jakby chciał powiedzieć, że kiedyś musi być lepiej.
Bianca stanęła na palcach, a potem ciężko opadła na pięty. Przez jej twarz przeszedł nieprzyjemny grymas.
-Skoro już sobie tak wyznajemy, co nas gryzie, to chyba zakochałam się w Taylerze – wyrzuciła z siebie.
-Niby że co? – sapnęła Jade. Jej brwi powędrowały niemal do nasadu włosów. – W Taylerze Blacku?
Bianca kiwnęła głową.
-Mhm…
-Czy wszyscy dookoła mnie są zakochani? – prychnęła. – Boże, co za idiotyzm.
-Najwidoczniej – odparłam i rozłożyłam się wygodniej na łóżku. – No dalej – zachęciłam. – Urządźmy sobie spotkanie Klubu Złamanych Serc i powiedzmy wyraźnie, co nam leży na duszy. – Kto zacznie?
Bianca parsknęła śmiechem.
-Skoro to twój pomysł, to ty zacznij.
Wzruszyłam ramionami. Mogłam zacząć tę sesję dla nieszczęśliwie zakochanych, szczególnie, że nie byłam zakochana. Pewnie, lubiłam Dylana i przyjemnie było go całować, chociaż smakował piwem, ale nie czułam nic więcej.
-Już mówiłam, co się stało. Przyszedł, pocałował i zniknął. Nie mam ochoty, żeby pojawiał się kiedykolwiek.
Jade pokręciła głową.
-Nie możesz pozwolić, żeby przez ten pocałunek było niezręcznie – powiedziała.
-Ale to nie wina pocałunku. Nigdy nie myślałam o mnie i Dylanie w t a k i sposób. Jestem realistką i wiem, że byłabym ostatnia na liście do związku z nim. Bez sensu robić sobie problem. Po prostu mnie zdenerwował… Nie jestem żałosna.
-Oh… Okej, nie tego się spodziewałam.
-A czego? Że załamię się z powodu tego pocałunku?
Jade wzruszyła ramionami.
-Nie wiem… Po prostu wydawało mi się, że między wami coś będzie. Dylan zachowuje się przy tobie inaczej i… chciałabym, żeby znalazł w końcu przy kimś spokój.
Zacisnęła szczęki i odwróciłam wzrok w stronę okna.
-Najwidoczniej to nie ja – burknęłam przez zęby. – Nieważne. Kto następny?
-Może ja – zgłosiła się Bianca. – Powiedziałam wam już, co czuję, ale wiem, że to nie ma sensu, bo Tayler to Tayler… Stanowię dla niego wyzwanie i tylko dlatego, ten idiota, wciąż za mną łazi. Jak się okaże, że dostał, co chciał to… ugh! Nie dam mu tej cholernej satysfakcji, żeby mógł mówić, że mnie zdobył!
-Do dupy – skwitowałam. – Ethan?
Chłopak wzruszył tylko ramionami.
-A co ja mogę powiedzieć? – westchnął. – Kocham mojego współlokatora, który woli puknąć każdą ruszającą się istotę poza mną. Chris jest niesamowity, ale czasem mam ochotę potrząsnąć nim i zapytać, czego mi brakuje?
-A nie pomyślałeś, że może on nie lubi penisów? – podpowiedziała Jade.
-Wiem, wiem… Nieważne – mruknął tylko. – Zoey? Teraz ty.
-Uhm, okej… Znaczy, chyba nikogo nie zaskoczy to, że wciąż jestem zakochana w Chace’sie, ale on ma podobne zachcianki jak Chris. Pieprzyłby każdego, ale mnie proponuje przyjaźń… Znaczy, gadamy i w ogóle, a czasem jemy razem obiad na stołówce, jeśli na siebie wpadniemy, ale to takie okropne słyszeć, gdy mówi, że musi iść, bo ma spotkanie z jakąś dziewczyną, chociaż powinien być ze mną! A ostatnio powiedział, że strasznie się cieszy, że możemy się kumplować bez spiny, bo kiedyś coś tam było między nami. To nie było wcale coś! – Zoey wyrzuciła z siebie słowa z prędkością karabinu, a potem odetchnęła. – Nawet mi ulżyło. A co z tobą Jade?
Moja współlokatorka westchnęła.
-Myślicie, że wam jest źle? – szepnęła. – To pomyślcie sobie, że ja mam romans z moim nauczycielem… a w sumie to prawie.
-Coś tak czułam – westchnęłam. – Chodzi o Iana?
-Tak. I nawet całowaliśmy się kilka razy, ale on twierdzi, że jestem jego uczennicą i nie możemy się spotykać.
-Chwila! – Zoey zamachała dłońmi. – Ian Hale?
-Tak – potwierdziła.
-To ty jesteś tą studentką, w której zakochał się mój brat?
-Ian jest twoim bratem?
Zoey kiwnęła głową.
-Przez ciebie zerwał z Leną – dodała i kopnęła w nogę krzesła.
-To nie moja wina – broniła się Jade, ale bez przekonania. Jej głos był wyjątkowi słaby. – To się po prostu stało, dobra?
-Spokojnie – wtrąciłam. – Ty, Zoey, nie powinnaś się czepiać ich o uczucia. Są dorośli i to ich sprawa, tak? A ty, Jade, powinnaś pogadać z Ianem. Jeżeli serio to coś więcej, to wytrzymacie do końca semestru. Zaliczysz zajęcia, a potem profesora.
Oczy Jade zalśniły.
-Nie wierzę, że to powiedziałaś – zaśmiała się. Wzruszyłam lekko ramionami i sięgnęłam po moją portmonetkę. Wyciągnęłam z niej tabletki przeciw lękowe i Deprexan. Wysypałam po dwie tabletki i wrzuciłam je do ust.
-Co to za tabletki? – spytała Bianca.
-Witaminki – odparła za mnie Jade. – Ej, co powiecie na cotygodniowe spotkania klubu? – zaproponowała.
Ethan wzruszył ramionami.
-A czy mamy coś lepszego do roboty?
Zachichotałam.
-Okej, w takim razie spotykamy się, co tydzień i omawiamy postępy w zdobyciu tego, kogo pragniemy, tak? – ustaliłam.

-Brzmi dobrze – potwierdziła Jade.





Hej, tu znów autorka! ^^ Wiem, że wielu ludzi tu nie zagląda, ale jeżeli ktoś z Was to czyta, to proszę, wyraźcie opinię w komentarzu. Zdaję sobie sprawę, że "Sen..." nie jest górnych lotów, więc chcę wiedzieć, co poprawić.

niedziela, 25 października 2015

Rozdział 7

Rozdział 7

Pijackie wyznania





Alice’s POV

Ja i Rose zawsze byłyśmy nierozłączne. Od dnia moich narodzin ona mnie nie opuszczała, a może to ja nie opuszczałam jej? Po prostu byłyśmy razem. To był jeden z powodów, dla których byłam zapraszana na imprezy. Każdy lubił Rose - chociaż mnie też lubiano tak jak ją. Nie tak jak młodszą siostrę swojej koleżanki – tak jak to było z Lucy między innymi. Traktowano mnie na równi.
To była nasza ostatnia impreza. Obie tańczyłyśmy – ona z Lukiem, a ja z Davidem. Był on ode mnie dwa lata starszy, ale lubiłam go, a Rose twierdziła, że tworzyliśmy uroczą parę.
-Chcesz się czegoś napić? – zaproponował David. Pokiwałam głową i przeszłam za nim do kuchni. Usiadłam na blacie stołu i przyglądałam się temu jak nalewał piwa do mojego kubka. Wypiłam ich już trzy i lekko szumiało mi w głowie – no dobra, bardziej niż lekko.
-Nie chcesz zostać na noc? – spytał mój chłopak, podając mi kubek. Pokręciłam głową.
-Nie.
-Dlaczego?
-Bo chcesz zaciągnąć mnie do łóżka, a aż tak bardzo mi się nie podobasz.
David parsknął śmiechem i pocałował mnie otwartymi ustami.
-Uwielbiam, gdy jesteś pijana. Jesteś wtedy szczera do bólu.
Odchyliłam głowę do tylu. Na ustach malował mi się szeroki uśmiech, aż rozbolały mnie usta.
-Aha… Ale lubię cię.
-Wiem.
Ujęłam jego twarz w dłonie i odrobinę ścisnęłam policzki, tak że zrobił coś na rodzaj dzióbka.
-Jesteś uroczy, ale nie oddam ci moich majtek. Lubię je – zapewniłam ze sztuczną powagą. Ponoć gdy byłam pijana, robiłam zabawne miny.
-Ah, ta pijacka szczerość – westchnął David i cmoknął mnie w policzek.

Zoey spojrzała na mnie swoimi ogromnymi piwnymi oczami. Zbladła o poł tonu, a jej palce zacisnęły się na moim nadgarstku.
-Chyba zaraz zwymiotuję – jęknęła i schowała twarz w moim ramieniu. – To był okropny pomysł, żeby tutaj przychodzić.
-Wcale  nie – zaprzeczyłam. Pewnie dwa lata temu podeszłabym do Chace’a i go zbeształa, ale teraz miałam w sobie wewnętrzną blokadę, która mówiła w odpowiednim momencie: stop, nie rób tego.
-Chcę stąd iść!
-Nie tylko ty – westchnął cichy głos obok nas. Odwróciłam głowę do chłopaka skulonego w rogu kanapy. Był dość drobny, miał czarne włosy i niebieskie oczy. Nie odrywał wzroku od Chrisa – kuzyna Dylana.
Odwróciłam wzrok, ponieważ nieopodal Chrisa i jego partnerki, Dylan i jakaś dziewczyna wsadzali sobie języki do gardeł. Coś ścisnęło mnie za żołądek.
Westchnęłam.
-Tak – przyznałam im rację. – To był kiepski pomysł. – Zwróciłam twarz do chłopaka i uśmiechnęłam się. – Jestem Alice – przedstawiłam się.
-Wiem – odparł. – Jesteś koleżanką Dylana. Tą od swetrów i ciasteczek. Ja jestem Ethan.
-Miło mi cię poznać.
Chłopak skinął głową, jakby chciał powiedzieć „mi również”.
-Ja jestem Zoey – dodała cicho moja znajoma. Podkuliła nogi i objęła się ramionami. Jeszcze raz zerknęła w stronę Chace’a i jego towarzyszki, a potem podniosła się z kanapy.
-Dosyć – powiedziała. – Muszę się czegoś napić. Idziecie ze mną?
Kiwnęłam głową i chwyciłam Ethana za rękę i pociągnęłam za sobą. Jego policzki zarumieniły się lekko, a potem skinął głową.
Przepchnęliśmy się przez tłum. Po drodze minęłyśmy tańczącą Jade, która zatrzymała mnie na moment.
-Przyniesiesz mi sok z lodówki? – poprosiła.
-Pewnie – odparłam, chcąc przekrzyczeć muzykę. Jade zachichotała, cmoknęła mnie w policzek i wróciła do tańca. Ethan jakimś cudem przemykał się między ludźmi, tak że żadne nawet go nie szturchnęło. Mogłam mu tylko pozazdrościć, bo już czułam, że mam kilka siniaków pod żebrami.
Do kuchni dotarliśmy z potarganymi włosami, a ze mnie do tego prawie zerwano sweter. Tylko tego by mi brakowało.
-Jesteś z tego akademika, Ethan? – spytałam. W odpowiedzi wyszczerzył zęby i skinął głową.
-Super, a macie sok, czy tylko alkohol?
-Mamy sok wiśniowy – odparł.
Podeszłam do lodówki i wyciągnęłam z niej karton z sokiem. Potem poszukałam plastikowego kubeczka dla Jade i tam przelałam sok. W tym czasie Zoey i Ethan raczyli się alkoholem.
-Poczekacie to na mnie? – spytałam.
Ethan skinął głową, a Zoey mu zawtórowałam. Uśmiechnęłam się do nich jeszcze i wkroczyłam w tłum tańczących studentów. Zanotowałam sobie w pamięci, że następnym razem Jade sama sobie pójdzie po picie.
Pewnie, gdybym była tu z Rose, Jade dostałaby swoje picie za godzinę, bo my dwie śmiałybyśmy się w kuchni. Może nawet ona pomagałaby mi wybrać studenta do poderwania – stawiam dychę, że trafiłoby na Dylana. A może wciąż byłabym z Davidem? Kto wie…
-Cholera!
Podniosłam szybko wzrok na chłopaka z wykrzywioną wściekle twarzą. Przydługie blond włosy opadały mu na oczy, co w sumie sprawiło, że chociaż był zły to wyglądał słodko jak szczeniaczek.
-Czy ty wiesz, ile kosztowała ta koszula?! – warknął i szturchnął mnie palcem w pierś. Na jego białej koszuli malowała się pokaźnych rozmiarów ciemna plama od soku.
Wzruszyłam lekko ramionami.
-Przepraszam – mruknęłam.
-Przepraszam nie zwróci mi pieprzonej koszuli! – wydarł się. Zrobił krok na przód i wyciągnął dłonie w moją stronę, jakby chciał złapać mnie za ramiona. Nie zrobił tego jednak, ponieważ spojrzał na coś ponad mną i otworzył szeroko oczy.
Odwróciłam się powoli w tamtą stronę.

Dylan’s POV

Mimowolnie zerknąłem kątem oka na Alice, gdy całowałem… tę dziewczynę jakkolwiek miała na imię. Jedyne co było warte jej uwago to boski tyłek. Gdyby ten tyłek miał imię, to bym je zapamiętał.
-Dlaczego on z nią rozmawia? – burknął Chris. Mój kuzyn oderwał się od swojej partnerki i oderwał mnie od… no od niej.
-Co znowu, do kurwy? – zakląłem.
-Dlaczego Ethan gada z nimi? – sapnął i wyciągnął w stronę kanapy, gdzie siedziała Alice, Ethan i jeszcze jakaś dziewczyna. Rzeczywiście rozmawiali.
-I co ci nie gra?
-Nie chcę, żeby go podrywały.
-To gej, pamiętasz?
-I co z tego? To nie zmienia faktu, że mi się nie podoba, że z nim rozmawiają! O nie, wychodzą!
Rzeczywiście, wychodzili do kuchni. Ethan jak zwykle wtopił się w tłum i szybko zniknął mi z oczu, nieznana mi dziewczyna przepychała się przez tłum, ale Alice lawirowała między ludźmi jakby tańczyła. To był niesamowity widok, szczególnie, gdy ktoś na nią wpadał. Sprawiała wrażenie jakby brała udział w recitalu, a oni mylili kroki.
-Co oni będą tam robić? – burknął Chris. Zgrał się akurat z moją niezadowoloną partnerką, która znudzona ciągnęła mnie za ramię.
-Nudzę się – marudziła.
-No i co ja mogę zrobić?
-Może… poszlibyśmy do ciebie?
-Tayler zajął pokój? – skłamałem niepewnie.
-To gdziekolwiek? – warknęła.
-Idź gdzie chcesz.
Zmierzyła mnie wzrokiem, potem wymierzyła mi policzek – spodziewałem się tego – i odeszła, kołysząc biodrami.
-Zakochałeś się, że odrzuciłeś tę laskę? – spytał Chris. Nie wiedzieć czemu wkurzyłem się. Poczułem jak świerzbią mnie dłonie i miałem czystą chęć w coś walnąć, ale powstrzymałem się.
-A ty? Cały czas gadasz tylko o Ethanie? – syknąłem. Chris spojrzał na mnie zaskoczony, a jego policzki zaczerwieniły się i to nie od alkoholu.
-Serio? Czemu mu nie powiesz?
-Bo nie! Odwal się!
Wzruszyłem ramionami i wróciłem do obserwowania Alice. Wychodziła właśnie z kuchni i stanęła na moment. Patrzyła w przestrzeń i uśmiechała się. Robiła to ot tak, jakby trwała w dziwnym zawieszeniu. Musiałem przyznać przed samym sobą, że wyglądała pięknie z rozmierzwionymi włosami i błyszczącymi piwnymi oczyma.
Nagle została wyrwana z tego zawieszenia przez Kevina. Był ode mnie z roku i nigdy jakoś za nim nie przepadałem. Teraz jednak myślałem, że zmiażdżę mu głowę, gdy zaczął na nią krzyczeć.
Bez zastanowienia przepchnąłem się przez tłum i stanąłem za Alice. Była obecnie jedyną barierą przed zrobieniem czegoś bardzo złego. Kevin musiał to dostrzec, ponieważ cofnął się o krok i spojrzał na mnie z autentycznym przerażeniem. Nie dziwiłem mu się. Po tym, co się stało ostatniego roku każdy wiedział, że nie warto mieć we mnie wroga.
Alice odwróciła się w moją stronę i ku memu zaskoczeniu uśmiechała się. Mógłbym przysiądz, że atmosfera zgęstniała i wszyscy patrzyli na nas, oczekując masakry, czegoś niefajnego, a ona uśmiechała się, jakby to było jej celem. Przywołanie mnie tutaj, żebym ją obronił.
-Masz jakiś problem, Kevin? – warknąłem. Chłopak spojrzał na mnie lekko spłoszony i pokręcił głową.
-Uhm… nie, ja… ja szedłem właśnie po nową koszulę!
-Więc na co czekasz?
-Ja? Nie, na nic… Nie wiedziałem, że ją znasz. – Wycofał się powoli, a potem wyszedł szybko. Niemal wybiegł z akademika.
Alice zacisnęła usta w wąską linię i zaczęła wiercić obcasem w podłodze, jakby próbowała zgnieść nieistniejącego robaka.
-Ja… chyba już pójdę – mruknęła. – Muszę wziąć leki.
-Odprowadzę cię – zaproponowałem.
-Nie trzeba. Baw się tutaj dobrze. – Wspięła się na palce i pocałowała mnie w policzek, a potem odeszła i nawet nie obróciła się w moją stronę.

Alice’s POV

Uwielbiałam horrory. Były chyba moją jedyną miłością. Nigdy nie darzyłam sympatią głównych bohaterów tylko morderców – może to dlatego było ze mną coś nie tak? Tak czy inaczej przez tę miłość pokochałam również American Horror Story. To ten serial oglądałam, gdy wróciłam do domu z imprezy. Chciałam wyrzucić z głowy obraz przerażenia Kevina i wściekłość, która malowała się na twarz Dylana, a od dawna wiadomo, że Tate pomoże na smutki… Chyba, że ogląda się ostatni odcinek i padają najgorsze z najgorszych słów.
- Go away, Tate!
- Nooo!
- Go away!
- Noo! I love you!
- Go away!
-Nie! – zawołałam, licząc, że może tym razem będzie inaczej. – Odwołaj to słyszysz? Odwołaj! Tate, wracaj!
Nienawidziłam tego odcinka. Nie tak on powinien się skończyć. Nie i kropka.
Ktoś zapukał do drzwi, więc odłożyłam laptop na poduszkę, wygrzebałam się spod kołdry i mimowolnie zerknęła na moją rozciągnięta piżamę. Nie wyglądałam za fajnie, więc miałam nadzieję, że za drzwiami nie stał mój przyszły mąż, a na przykład Jade lub Dylan. Ktoś komu nie wstydziłabym się pokazać w najdurniejszym z moich strojów.
Otworzyłam drzwi. Przede mną stał Dylan. Miał zaczerwienione policzki i czuć było od niego alkoholem na kilometr, ale stał pewnie na nogach. Przez dobre pół minuty – najdłuższe w moim życiu swoją srogą – stał tam i patrzył na mnie. Już miałam go zapytać, czy coś się stało, gdy zrobił krok na przód i pocałował mnie.
Ostatni raz całowałam się jakieś dwa lata wcześniej i nie były to pocałunki najwyższej klasy. Chociaż David uważany był za bożka seksu, to u niego polegało to na przyciskaniu ust do warg partnerki – żadnej wielkiej filozofii. Ale Dylan nie był Davidem. Objął mnie w tali i przycisnął do ściany. Miażdżył mi usta swoim pocałunkiem, co sprawiło, że zakręciło mi się w głowie… A potem się odsunął. Ot tak, po prostu. Na jego twarzy zaigrał lekki uśmieszek.
-Okej, teraz mogę wracać.
-Że co? – syknęłam. – Masz mi wyjaśnić, co się tutaj stało! – zażądałam. Próbowałam uspokoić oddech, ale płuca pragnęły tlenu.
-Co mam ci wyjaśniać? Pocałowałem cię.
-Wiem, ale dlaczego?
-Bo cię pragnę, a tylko na tyle mógłbym sobie pozwolić z taką dziewczyną jak ty.
-Jaką? – spytałam. Głos mi się odrobinę załamał.
-Nudną. Bez życia, z którą ludzie zadają się z litości. Myślicie, że jesteście nie do zdobycia i takie się robicie, ale ten pocałunek jest mój.
Poczułam łzy w oczach. Nie potrzebowałam żadnej litości. Nie czułam też smutku. Byłam zła.
Nim się zorientowałam uderzyłam Dylana z całej siły w twarz. Nie wiem, gdzie trafiłam, ale ulżyło mi.

-Wynoś się! – niemal krzyknęłam. Nie wydawał się zaskoczony. Spojrzał tylko na mnie i wyszedł. Zamknęłam za nim drzwi i wtedy nadszedł smutek. Objawił się w postaci łez, które długo jeszcze płynęły.

sobota, 17 października 2015

Rozdział 6

Rozdział 6

Nauka tańca





Alice’s POV

Luke’a poznałam kilka dni przed jedenastymi urodzinami. Miał wtedy szesnaście lat i był w wieku Rose. Uśmiechał się do mnie przyjaźnie, odrobinę jakby z politowaniem. Dobrze znałam ten uśmiech, bo często pojawiał się na ustach nauczycieli, kiedy któryś z moich kolegów mówił, że w przyszłości zostanie kimś na co szans nie miał.
-Oczywiści, Tommy. Jestem pewien, że polecisz na Słońce. – A potem uśmiechali się w ten specyficzny sposób.
Oczywiście rozumiałam podejście mojego nowego partnera. Niewielu sądziło, że ktoś taki jak ja może być jak ja. No bo nie miejmy złudzeń – byłam świetna.
Pani Snow uśmiechnęła się do nas zdawkowo.
-Alice – zaczęła – Luke od dziś będzie twoim partnerem.
Przyjrzałam się chłopakowi krytycznie. Był wysoki, dobrze zbudowany, szczupły i z postawą godną tancerza. Odrobinę nie odpowiadało mi, że jasnobrązowe włosy opadały jego oczy o zielono-brązowej barwie. Nie oceniałam jednak przystojności mojego partnera, ale to czy mógłby mi dorównać.
-Nie będzie trochę za wysoki? – spytałam, krzyżując ramiona na piersi.
-Może, ale tylko on zdoła za tobą nadążyć – odparła.
Luke uniósł brew.
-Chwilunia, wy tak na serio, że mamy razem tańczyć? Pani Snow, mówiła mi pani o niezwykle utalentowanej dziewczynie, a nie dziewczynce.
-Alice została stworzona by tańczyć. Uczę ją od przeszło sześciu lat i zrobiła wielkie postępy – zapewniła moja mentorka. – Już dawno opanowała każdy znany mi styl, teraz szukamy kogoś, kto jest tak zdolny jak ona. Padło na ciebie.
-Ćwiczę dłużej niż ona, jestem pewien. Skąd mogę mieć pewność, że jest tak dobra jak pani mówi, pani Snow?
Uniosłam wysoko głowę. Nikt nigdy nie wątpił w moje talenty. Byłam najlepsza.
-Jestem najlepsza – stwierdziłam na głos. – A ty?
-Nie znajdziesz lepszego w całym Portland.
Przez długi moment patrzyliśmy sobie w oczy. Mierzyliśmy się nieufnym wzrokiem, zupełnie jakbyśmy sprawdzali, które z nas mrugnie pierwsze.
-Dzieci, koniec tych sprzeczek. Czas na trening.

Patrzyłam na mój czwartkowy plan i uniosłam wysoko brwi. Pamiętałam większość przedmiotów, na które się zapisałam i mogłam być pewna, że nie było wśród nich dodatkowego, organizowanego dla wszystkich kursu tańca dla początkujących. Oczywiście słyszałam o nim, ponieważ moja współlokatorka się na niego zapisała.
Odetchnęłam głęboko i spojrzałam na Jade.
-To twoja sprawka? – spytałam.
-Ale co?
-Kurs tańca!
-To dla twojego dobra, kochanie. Nienawidzę patrzeć jak podpierasz ściany podczas imprez, więc zapisałam nas obie.
Zmrużyłam oczy.
-Ja potrafię tańczyć – zapewniłam.
-Kochanie, ale naprawdę nie masz się czego wstydzić. Ja też nie potrafię i…
-Potrafię tańczyć, ale tego nie robię.
Dziwne by było, gdybym tego nie potrafiła. Owszem, zrezygnowałam z publiki na stałe, ale nie odeszłam od tańca na zawsze. Często ćwiczyłam, ale bez muzyki. Robiłam to, żeby zachować czystość umysłu, bo tabletki nie zawsze mi ją zapewniały. Poza tym lekarze zalecili mi gimnastykę.
-Nieważne – mruknęłam. – Nie zapisuj mnie więcej na takie zajęcia. Następnym razem zapytaj mnie o zdanie.
-Chciałam ci tylko pomóc.
-Wiem – westchnęłam. – I dlatego nie jestem wściekła.
-Czy ty kiedykolwiek jesteś zła? Nigdy na nikogo się nie wściekasz – zauważyła.
-Nikt nigdy mnie nie denerwuje – odparłam. – Wszyscy są tutaj tacy mili i weseli, jakby cała złośliwość tego świata została poza kampusem.
Jade zaśmiała się.
-Zaufaj mi, że to nieprawda. Chyba po prostu ty masz to szczęście, że wszyscy cię uwielbiają.
Wywróciłam oczami.
-Przesadzasz.
-Wcale nie. Po prostu masz w sobie coś, co sprawia, że inni pałają do ciebie sympatią. Zresztą to nic dziwnego. Jesteś miła, potrafisz słuchać i jesteś taka radosna. Naprawdę dziwię, że nie miałaś w liceum więcej przyjaciół.
-To była moja świadoma decyzja – zapewniłam, chociaż moi przyjaciele nie byli nigdy zbyt… wierni, o czym przekonałam się na własnej skórze.
Odruchowo naciągnęłam bardziej rękawy brązowego swetra i wzruszyłam ramionami, nawiązując tym gestem do mojej wypowiedzi.
-A więc mogłaś mieć przyjaciół?
-Jak każdy.
-I zrezygnowałaś z nich?
-A oni ze mnie.
Wzięłam mój kubek z biurka i przeszłam do łazienki, żeby nalać sobie wody. Potem wróciłam do pokoju, aby łyknąć tabletki.
-Dlaczego? – dopytywała Jade. Spojrzałam na nią spod rzęs.
-Przechodziłam trudny okres – odparłam. – A oni mi nie pomogli przez niego przebrnąć. Wręcz przeciwnie… Zresztą, nieważne. To już za mną, nie mam zamiaru się nimi przejmować.
-Okej… A na co są te tabletki?
Wzruszyłam ramionami.
-Zwykłe witaminy – skłamałam. – Po prostu mam kiepską odporność na przeziębienia.
-Okej.
Miałam ochotę zapewnić ją, że to naprawdę tylko witaminy, ale domyśliłaby się, ze coś kręciłam. Dlaczego ona musiała być tak uciążliwa?

***

Jade zmierzyła mnie krytycznym spojrzeniem, gdy weszłam do sali tanecznej. Moja współlokatorka ubrana była mniej więcej tak samo jak każda dziewczyna na kursie – czyli w obcisłe spodnie i jeszcze ciaśniejszy, chyba poliestrowy top odsłaniający jej brzuch i ramiona. Pani Snow nie uznawała takich strój. Zawsze mówiła, że najważniejsza jest wygodna i to, żeby skóra miała dostęp do powietrza. Nie widziała sensu w tańcu w ciasnych rajstopach, chyba że tego wymagał na przykład strój do recitalu. Między innymi dlatego ubrałam się w za dużą bluzę i spodnie od dresu.
-Nie miałaś nic… uhm, bardziej obcisłego? – spytała.
-Nie – odparłam. W sumie to było to prawdą. Większość moich ciuchów była za duża, rozciągnięta i mało seksowna. Kiedyś miałam o wiele lepszy gust.
-Wiesz, ponoć instruktor jest cholernie pociągający – szepnęła do mnie, jakby zdradzała mi wielką tajemnicę.
Uśmiechnęłam się lekko.
-To dlatego wszystkie wyglądacie tak… plastikowo?
-Och, ja plastikowa?
-Masz na sobie czysty poliester.
W odpowiedzi Jade uderzyła mnie lekko w ramię i zaśmiała się. W tym momencie do sali wszedł Luke. Serce omal mi nie stanęło, gdy go zobaczyłam. Nic się nie zmienił – no może z wyjątkiem tego, że w jego oczach nie było tego niesamowitego blasku. Nie dziwiłam się temu jednak. Każde z nas coś straciło po odejściu Rose.
-O Boże! – szepnęłam.
-Czy ja wiem, pan Hale jest jednak o wiele bardziej seksowny.
-Co? A, no tak…
Spojrzenia moje i Luke’a spotkały się. Mój były partner przyglądał mi się przez dłuższy moment, co zostało przerwane przez jego towarzyszkę. Rzucił mi jeszcze jedno spojrzenie, jakby pytał, co tutaj robię, a ja spuściłam głowę.
Błagam, tylko nic nie mów. Tylko nic nie mów, Luke. Proszę.
-Przepraszam za lekkie spóźnienie – powiedział. – Zgubiliśmy się po drodze z Lorettą.
Kilka dziewczyn zapewniło rzewnie, że nic nie szkodzi, a moja przyjaciółka zachichotała i uśmiechnęła się uroczo. Luke odpowiedział im lekkim uśmiechem, ale bez przekonania.
-Rozumiem, że mam tutaj same początkujące tancerki? – spytał i rzucił mi kolejne spojrzenie.
Przełknęłam ślinę. Cholera.
-Te zajęcia nie będą bardzo wymagające – zapewnił. – Poznacie podstawy kilku tańców towarzyskich, a głównie skupimy się wyczuciu rytmu.
Przez kolejne czterdzieści pięć minut Luke przedstawiał nam program kursu, który dla nas opracował. Jego partnerka Loretta nie odzywała się za wiele, prawie w ogóle.
-No cóż, to chyba tyle – zakończył Luke. – Jesteście teraz wolni… Uh, Alice, czy mogłabyś zostać na pięć minut? – poprosił mnie, a potem spojrzał na swoją partnerkę. – Ty też już jesteś wolna Lotta.
Podeszłam do Luke’a. Żadne z nas nie odezwało się do czasu, gdy sala opustoszała z uczennic.
-Naprawdę zapisałaś się na kurs dla początkujących? – spytał.
Wzruszyłam ramionami.
-Moja współlokatorka zrobiła to w tajemnicy przede mną. Myśli, że nie potrafię tańczyć.
-I co z tym zrobisz?
-Nie chcę wyprowadzać jej z błędu. Nie za bardzo mam ochotę wprowadzać ją w moją przeszłość… Rozumiesz?
-Oczywiście.
-A tak w ogóle to co u ciebie?
-Chyba w porządku. Jakoś zebrałem się do kupy, skończyłem szkołę i no… Jestem tutaj i uczę innych jak tańczyć. A co u ciebie?
-Długo by opowiadać.
-Mam czas. Co powiesz na spacer?
Odcinanie się od przeszłości zapewne nie polega na spotykanie z jej elementami, ale nie mogłam się powstrzymać, żeby  nie porozmawiać z kimś, kogo uważałam za przyjaciela. Szczególnie, że on jako jedyny z poza kręgu mojej rodziny o mnie zapomniał. Co roku przysyłał mi kartki na święta i urodziny, co zresztą ja też robiłam.
-Z chęcią.

Dylan’s POV

Zerknąłem na zegarek, zdając sobie sprawę, z tego że już od godziny siedziałem pod pokojem dziewczyn w akademiku Silver Hall. Umierałem z nudów, czekając na pojawienie się Alice albo Jade. Nie za bardzo miałem ochotę siedzieć z chłopakami w Golden Hall, głownie dlatego że pospraszali dziewczyny. Wszyscy, kurwa, po kolei z wyjątkiem Ethana, który zamknął się w swoim pokoju – on miał przynajmniej wyjaśnienie. Wolał facetów i nie chciał przeszkadzać. Zresztą on był takim typem człowieka, który raczej nie wychodził, nie integrował się z innymi – z wyjątkiem mnie, Chrisa i paru innych.
Oczywiście bez problemu mógłbym sobie załatwić jakąś dziewczynę, ale jakoś nie miałem ochoty. W ogóle jakoś ode chciało mi się dziewczyn… Nie, to kurewsko źle brzmi. To nie tak, że nie chciałem się pieprzyć, bo chciałem, tylko że z jakiegoś powodu miałem ochotę na Alice. Nie moja wina, że ta dziewczyna – ubierająca się w te pieprzone mięciutkie swetry – poruszała się tak seksownie…
Dobra, stop myślenia o szesnastolatce. To jest, kurwa, nielegalne![1]
-Długo tutaj siedzisz? – spytała Jade, wysiadając z windy. Ściągała właśnie gumkę z włosów.
-Trochę – odparłem. Podniosłem się z ziemi i wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.
-Nie trafiłeś nigdzie na Alice?
-Nie.
-O, czyli ciągle siedzi z Lukiem.
-Kim?
Uśmiech trochę mi zrzedł.
-Luke, instruktor z kursu tańca. Chyba się znają, a ona ewidentnie wpadła mu w oko.
Coś ścisnęło mnie za żołądek. Co, kurwa?!
-Nieważne, muszę coś sprawdzić – dodała, wchodząc do pokoju. Wszedłem za nią i przez moment przyglądałem się temu jak grzebie w granatowej kosmetyczce. Dopiero po minucie dotarło do mnie, że to ta torebeczka, w której Alice trzymała swoje leki.
-Co ty wyprawiasz? – spytałem ostro. – Pojebało cię? To jej rzeczy!
-Ciszej! – warknęła na mnie i wyciągnęła pudełeczko z tabletkami, które Alice łykała codziennie rano i wieczorem. – Muszę coś sprawdzić.
-Co jest tak ważnego, że musisz naruszyć jej przestrzeń osobistą?
-No więc gadałam z nią dziś rano i jakoś zeszłyśmy na temat przyjaciół. Przyznała, że sama z nich zrezygnowała i nie żałuje. Dodała też, że oni zrezygnowali z niej… Trochę się zaniepokoiłam, ale ona szybko dodała, że nie chce wracać do przeszłości.
-I to powód, żeby myszkować?
-Pytałam też o tabletki. Powiedziała, że to witaminy.
-Ludzie biorą witaminy!
-Uwierzyłam jej, owszem, ale nudziłam się na muzyce i zaczęłam myśleć…
-To coś nowego.
-Milcz, bo nie powiem ci do czego doszłam! – syknęła. – Zaczęłam łączyć fakty.
-No?
-Jeden, Alice ciągle chodzi w swetrach. Długich, bezkształtnych i ciepłych swetrach, chociaż jest trzydzieści stopni na zewnątrz. I nigdy, ale to nigdy nie odsłania ciała.
W sumie szkoda, że tego nie robi.
-To oznacza, że chce coś ukryć. Może jakieś blizny… Dwa, wspominała o „trudnym okresie” i że wtedy straciła przyjaciół.
-Aha.
-Trzy, tabletki, różne w tym Deprexan i Valium… Ha! – Jade pokazała mi swój telefon, gdzie odnalazła nazwę tabletek Alice.
-Deprexan – przeczytałem. – Leki antydepresyjne. Redukują zaburzenia nastrojów oraz pozbawiają napadów lękowych. – Spojrzałem na Jade. – O kurwa!
Odłożyła pudełko do apteczki i schowała ją na miejsce.
-I teraz tak sobie myślę, że może to wina tego Luke’a – dodała.
Zamrugałem lekko zaskoczony.
-Dlaczego to ma być jego wina? – spytałem.
-Znają się i chciał z nią pogadać po lekcji, a ona wydawała się trochę jakby… wystraszona, że go widzi. Może to jej były, który złamał jej serce?
Pokręciłem głową.
-To bez sensu. Przecież ona jest taka… To ostatnia osoba na ziemi, którą podejrzewałbym o depresję!
Jade wzruszyła ramionami.
-Wiem, ale nie ma innego wyjaśnienia – powiedziała.
Skrzyżowałem ramiona na piersi i na moment przymknąłem powieki.
-Myślisz, że powinniśmy z nią porozmawiać? – spytała.
-Nie. W końcu wszystko z nią gra, prawda? Po co przysparzać jej zmartwień?
-Racja, ale i tak warto by się dowiedzieć kim jest ten Luke, co nie? Bo jeśli to on ją skrzywdził…
-Spokojnie, Jade – mruknąłem. Miałem dodać coś więcej, ale telefon w mojej kieszeni zawibrował. Sięgnąłem po niego, żeby sprawdzić wiadomość.

Steph: Hej, Dyl :* Nie spóźnij się na eliminacje!!! <3
Ja: O której dokładnie?
Steph: O 18! Mówiłam ci przecież -_-
Ja: OK

-Muszę się zbierać – powiedziałem do Jade. – Nie zrób niczego głupiego, dobra?
-Ja nigdy nie robię głupich rzeczy – odparła, marszcząc nos. Nie skomentowałem tego. Pożegnałem ją tylko i wyszedłem z akademika. Dzień wcześniej Steph zaprosiła mnie, żebym sobie pooglądał eliminacje cherlleaderek. Trzeba było kimś zastąpić, te które odeszły. Nie wiem, po co ja im byłem w tym potrzebny, bo nawet nie grałem w żadnej szkolnej drużynie – nie żeby trener nie próbował mnie zwerbować do zapasów.
W mniej niż pół godziny dotarłem na szkolny stadion. Zastałem tam równiutki rządek pierwszoroczniaczek w krótkich spodenkach i topach. Przed nimi stała Steph w pełnym stroju cherlleaderki. Prawie natychmiast mnie zauważyła i dotarła do mnie w kilku susach. Wskoczyła mi niemal na ramiona i pocałowała.
Uśmiechnąłem się lekko.
-Cześć.
-Stęskniłam się – zaszczebiotała słodko. – A ty?
-Jakoś nie bardzo – odparłem.
Steph uniosła brwi i zeskoczyła na trawę.
-Uprawiałeś ze mną seks – przypomniała. – Pięć razy.
Westchnąłem.
-Tylko seks – przypomniałem.
-Oczywiście, ale stęskniłam się za „tylko seksem”. Co powiesz na szybki numerek za trybunami, gdy skończę z tymi małolatami?
Wzruszyłem ramionami.
-Zobaczy się.
-Zobaczy się?
-Chmury są tak ciemne, że pewnie lunie, a jakoś pieprzenie się w deszczu na śliskiej trawie nie jest szczytem moich fantazji… Chyba, że przeprałabyś się za króliczka… albo dała mi ciasteczka. – Puściłem do niej oczko, żeby wiedziała, że tak tylko gadam. Muszę przecież odreagować to napięcie seksualne.
-Ah, zgrywasz się! – zachichotała. Odwróciła się do dziewczyn. Pierwszoroczne przyglądały się Steph z lekkim przestrachem z wyjątkiem tych kilku, które wyglądały jakby były pewne, że podbiją świat.
-No, dziewczyny, na początek pokażcie swoje układy! Ale najpierw… Dylan?
-Hm?
-Pocałuj ją. – Steph wskazała palcem na najniższą z dziewczyn. Lekko krępą blondynkę w luźnym dresie. Uniosłem brew, ale podszedłem do tej dziewczyny i pocałowałem ją bez większych oporów. Nie miałem zielonego pojęcia po co to Steph, ale dziewczyna całowała nieźle… Do czasu, aż się ode mnie odsunęła.
-Mam chłopaka – powiedziała. Wyszczerzyłem się w uśmiechu.
-A ja nie mam chłopaka, ale możesz go ode mnie pozdrowić – odparłem. – Ej, Steph, po co ci w ogóle ten całus?
-Chciałam ją przetestować. Gdyby coś ją zaskoczyło potrafiłaby się dopasować, a potem przekierować wszystko na odpowiednie tory. – A potem zwróciła się do dziewczyny. – Jeżeli dobrze zatańczysz to masz spore szanse na dostanie się.
Ona uśmiechnęła się tylko w odpowiedzi, a ja rozsiadłem się na trawie i przyglądałem się tańczącym dziewczynom. Nie zwracałem uwagi na ich imiona czy układy, po prostu przelatywały mi przed oczami i przez umysł jak kolejne kanały w TV. Nawet nie słyszałem muzyki i ich okrzyków do momentu, gdy Steph powiedziała coś, co przyciągnęło moją uwagę.
-To przesłuchanie zamknięte.
-Naprawdę? – odpowiedział chłopak mniej więcej w naszym wieku. Domyśliłem się, że to niejaki Luke, tylko dlatego że obok niego stała lekko skulona Alice. Tym razem dla odmiany miała na sobie za dużą bluzę zamiast swetra. – Liczyliśmy, że podopingujemy naszą koleżankę.
-Doping dla dopingu? Kto to widział?
-Taka solidarność tancerzy. – Chłopak uśmiechnął się do tamtej blondynki. – Cześć, Margo.
-Hej, Luke.
-Nieważne – wtrąciła Steph. – Możecie poczekać do końca.
Alice zajęła miejsce na trawie obok mnie, a Luke koło niej. Oparła czoło o jego ramię i przyglądała się tańczącej Margo z dziwnym blaskiem w oczach. Przyznam, że dziewczyna tańczyła zawodowo, chociaż nie wygląda na kogoś, kto miałby chociaż wyczucie rytmu. Na jej tańcu skupiłem się trochę bardziej, chociaż jakoś bardziej przejąłem się tym, że nie usłyszałem od Alice nawet głupiego „hej”. W sumie to ona w ogóle się nie odezwała i wyglądała na przygnębiona. Ogarnęła mnie wewnętrzna ochota rozśmieszenia jej. Powstrzymałem się tylko z powodu durnego Luke’a, który wkurzał mnie samą swoją obecnością. Miałem ochotę walnąć go za samo dotykanie Alice, chociaż nie miałem tego prawa.
-No dobra! – Steph klasnęła w dłonie dla zwrócenia uwagi. – Ten krótki pokaz mi wystarczy, żeby oznajmić, że w drużynie zostaje Margo.
W tym momencie Alice podniosła się z trawy.
-Muszę już iść – powiedziała i uśmiechnęła się do Luke’a.
-Odprowadzę cię…
-Nie, nie trzeba, Luke, ale dziękuję. – Pocałowała go w policzek i odeszła, a mnie omal nie trafił jasny szlag. Miałem ochotę rzucić się na tego gościa i zmienić go w krwawą miazgę, ale bezpieczniej było skupić się na Steph. Wszystko chciałem przenieść na Steph.
Podniosłem się z ziemi i pociągnąłem ją za sobą.
-Ej, co robisz?
-Zdaje się, że obiecałaś mi seks pod trybunami – warknąłem przez zęby.
W tym momencie nie liczyło się dla mnie nic oprócz tego, by wyrzucić z siebie całą tę złość, a że seks lubię najbardziej – wybrałem ten sposób. Ssąc jej lewe ucho, rozpiąłem zamek od moich spodni.
-Bierzesz tabletki, czy muszę użerać się z prezerwatywą?
-Tabletki –wyjąkała. Przygryzła dolną wargę, gdy włożyłem dłoń w jej majtki. To była zaleta Steph – zawsze wilgotna na czas.
-Dobra, dziewczynka.
Lewą rękę wysunęła się w moje włosy i pociągnęła za końcówki. Owinęła swoje nogi wokół moich bioder.
-Czego chcesz? -Szepnąłem jej do ucha.
-Chce czuć go w sobie – zażądała. W tym momencie wszedłem w nią, tak aż zapiszczała. Poruszałem się szybko, bo bądźmy szczerzy, nie kocham się, ja je pierdole. Tu chodzi tylko o chwilę zapomnienia. Ten moment gdzie nie myślisz o tym, co się stało lub będzie. To mnie odpręża. Czuję się jak chuj z tego powodu, ale to prawda. I wiem, że nie tylko ja tak robię. Jestem młody, chcę się wyszaleć – nic w tym złego. Nigdy bym nie chciał być kimś cichym, kimś bez życia towarzyskiego, kimś kim jest Alice... Bycie jednak mną też nie jest szczytem marzeń.
Gdy doszedłem, wyszedłem z niej i postawiłem ją na ziemi. Zacząłem iść w stronę akademika, nie zwracając uwagi na pełne oburzenia krzyki Steph. Nigdy wcześniej nie zostawiłem jej tak bez słowa.
Poczułem krople wody na nosie. Kurwa, teraz?!
Miałem dość tego dnia.
Miałem dość, że ciągle w  myślach mam Alice.

Miałem dość siebie.







[1] W stanie Nowy Jork seks jest legalny od 17 roku życia