sobota, 7 listopada 2015

Rozdział 8

Rozdział 8

Klub Złamanych Serc





Alice’s POV

Mama uścisnęła moje ramię i uśmiechnęła się delikatnie. Nie miałam pojęcia, jak potrafiła uśmiechać się mimo łez, które spływały po jej twarzy. Ja nie potrafiłam czegoś takiego dokonać i pomyślałam wtedy, że może tylko najsilniejsi potrafią uśmiechać się mimo smutku.
-Alice – zaczęła, ale urwała, zupełnie jakby szukała odpowiedniego słowa.
-Chcecie wysłać mnie na terapię – podpowiedziałam. Zaraz po śmierci Rose nie chciałam się na to zgodzić, chociaż każdy zobaczył, że mnie to uderzyło najbardziej. Upierałam się jednak, że nie potrzebuję interwencji psychologa. Wtedy udało mi się ich przekonać, ale teraz, po tym co zrobiłam, nie było takiej opcji.
-To wszystko dla twojego dobra, kochanie.
Skinęłam głową.
-Tak, wiem – odparłam. Spojrzałam na szron, który osadził się na oknie. Wpatrywałam się w mroźne wzory, zupełnie jakby mogły zdradzić mi jakąś tajemnicę.
-Za kilka dni wypuszczą cię ze szpitala – dodała. – Dostaniesz zwolnienie ze szkoły na tydzień, a potem zaczniesz chodzić do terapeuty. Na pewno ci pomoże.
-Okej – mruknęłam i przymknęłam powieki.
-Alice, obiecaj mi, że postarasz się to zrobić.
Uśmiech zniknął z twarzy mamy. Nie zdobyła się też na żaden grymas, przez co jej twarz przypominała bladą maskę. Gdyby nie to, że obezwładniające znieczulenie pozbawiało mnie emocji, to zapewne po moim ciele przeszedłby dreszcz.
-Dobrze – powiedziałam.
-Zrozum, że nie możesz tego zmarnować – przemówiła po raz kolejny. – Po tym jak wszyscy starali się, żebyś przeżyła… Po podwójnym przeszczepie, którego dokonano, powinnaś być bardziej wdzięczna i nie oddawać tego z taką łatwością.
No tak, podwójny przeszczep. Serce i wątroba.
Biorąc pod uwagę obrażenia to ja miałam mniejsze szanse na przeżycie. Potrzeba dwóch przeszczepów, z czego oba były niezbędne do życia. Złamane siedem żeber, kość promieniowa, rozbita czaszka, niemal zmiażdżona noga, krwotok wewnętrzny… Było tego więcej, ale straciłam rachubę.
Za to na Rose nawet nie było nic widać. Gdy pierwszy raz zobaczyłam jej ciało byłam pewna, że zaraz się obudzi i razem wrócimy do domu.
Ale ona nie wstała.
Z nas dwóch ona powinna była przeżyć i czułam, że byłam jej to winna. Jeśli ona nie żyła to i ja nie powinnam.
-Nie chciałam – wymamrotałam. – Nie chciałam tego cholernego przeszczepu. Podjęliście za mnie decyzje.
-Nie mów tak, Alice.
Otwierałam już usta, żeby odpowiedzieć, ale do mojego szpitalnego pokoju wszedł David. Miał potargane włosy i niedopiętą koszulę.
-Dzień dobry, pani Gray. Czy mógłbym zająć chwilkę? Muszę coś przekazać Alice – powiedział. Zagryzłam wargę, żeby nie palnąć czegoś głupiego. Wkurzało mnie, że nikt mnie nie zapytał o to, czy miałam ochotę widzieć mamę albo Davida. I co niby tak ważnego on mógł mi przekazać?
-Oczywiście – odparła mama i znów się uśmiechnęła. – Tylko nie za długo. Alice jest zmęczona.
Nie, Alice wcale nie jest zmęczona, pomyślałam.
-O co chodzi? – spytałam. Przez sekundę chciałam zmusić mięśnie twarzy, żeby ułożyły się w uśmiech, ale nie mogłam tego dokonać.
-Słuchaj, Alice, ja wiem, że to pewnie nie jest odpowiedni moment, ale myślę, że powinniśmy się rozstać.
Ściągnęłam lekko brwi. Nie czułam się jakoś specjalnie źle, gdy to mówił. Byłam raczej zaskoczona.
-Dlaczego?
-Gdy się poznaliśmy byłaś niesamowita. Pełna życia i radości. Rozświetlałaś pomieszczenie, do którego wchodziłaś…
-Jakie ro poetyckie – zadrwiłam.
-Zakochałem się w dziewczynie, która potrafiła odwołać randkę, żeby przygotować się do recitalu – kontynuował niezrażony. – Teraz, gdy rzuciłaś wszystko, jesteś… jesteś tylko żałosna. I ja wiem jak to brzmi, ale… nie ma już tego czegoś…
-Wyjdź już – powiedziałam zmęczonym tonem. – Po prostu wyjdź i nie patrz na to, jak bardzo żałosna się stałam. – Słowo „żałosna” wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
-Przykro mi, Alice… Postaraj się mnie zrozumieć. To dla mnie za trudne.
Zacisnęłam palce na wykrochmalonej pościeli. Nienawidziłam szpitali, a teraz do listy nieszczęść ich dotyczących mogłam też dodać utratę kolejnej bliskiej osoby.
-Po prostu się wynoś – szepnęłam. – Po prostu wyjdź.

Przez ostatni miesiąc odrobinę zwiększyłam dawkę moich leków. Zazwyczaj brałam połówki, żeby nie być tak otępiała, ale od tamtego pocałunku wszystko we mnie drżało. Nie potrafiłam zachować spokoju i chociaż liczyłam, że normalna dawka Deprexanu odrzuci uczucia, tak jak to było na początku terapii, okazało się jednak, że pozbyłam się tylko nieprzyjemnych fizycznych objawów. W mojej głowie wciąż wszystko szalało.
Zwiększyłam też dawkę Valium, co zauważyła Jade. Wciąż utrzymywałam, że to witaminy, ale ona zawsze protekcjonalnym tonem mówiła, że mam „uważać na te witaminki”. Nie słuchałam jej, bo gdyby nie Valium, to bym nie zasnęła.
-Wiesz, Ian pytał ostatnio o ciebie – powiedziała Jade. Zrobiła to niby od niechcenia, ale ja wiedziałam, że po raz kolejny próbowała dowiedzieć się, dlaczego unikałam Dylana.
-I co?
-Zastanawia się, czy masz zamiar oblać jego przedmiot. Trochę mu przykro, bo pokładał w tobie nadzieję.
-Byłam tylko na jednej lekcji.
-I co z tego? W naszej grupie pojawiło się jeszcze czterech uczniów, którzy nie są zbyt kreatywni…
-Aha. Nie wiem… Może wrócę na zajęcia.
-Serio? Super! Niech tylko Dylan się dowie…
-Wciąż nie chcę z nim rozmawiać – oznajmiłam.
-Dlaczego po prostu mi nie powiesz, co się dzieje? Do cholery, ty wysłuchujesz problemów wszystkich dookoła, więc i my możemy wysłuchać ciebie, prawda?
-Jade, przestań kombinować.
-Ja nic nie robię – odparła. – Nie chcesz ze mną gadać, to nie – mruknęła i wróciła do przeglądania Facebooka w swoim telefonie. Nie podejrzewałam jednak, że to podstęp i ściągnęła do naszego pokoju Ethana, Zoey i Biancę.
-Skoro nie chcesz rozmawiać ze mną, to nasza czwórka wspólnie przyciśnie cię do ściany – oznajmiła moja współlokatorka. Spojrzała na mnie z szerokim uśmiechem, który nie pasował do jej ostrzegawczego tonu. – Teraz masz ostatnią szansę, żeby wszystko wyśpiewać.
-Nie będę niczego śpiewać.
Bianca skrzyżowała ramiona na piersi i spojrzała na mnie, unosząc brwi.
-Słuchaj, młoda, nie będziemy się bawić w podchody. Jest z tobą źle, więc albo nam powiesz, co jest albo zadzwonię do twoje brata i powiem mu, co odwalasz, jasne? – ostrzegła. – I wtedy on zabierze cię do Portland.
-No może nie tak ostro, ale na pewno zgłosimy to psychologowi. Nawet nie wiemy, co to za witaminki – dodała Zoey.
-Ważne – odparłam cicho. – I śmiało, dzwońcie. Jade na to nie pozwoli, bo za bardzo chce się dowiedzieć, co się stało.
-Piernicze, ja nie jestem Jade! – Bianca wyrzuciła ramiona w powietrze. – Dosyć, idę po psychologa! Trzymajcie ją tutaj – rozkazała i zawróciła. Wiedziałam, że mówiła poważnie, a nie mogłam sobie pozwolić na kolejną interwencję jakiegoś psychiatry, psychologa, terapeuty czy kogo tam jeszcze. Nie, nigdy więcej.
-Dylan mnie pocałował! – zawołałam, nim zdążyłam pomyśleć. Mogłam skłamać, cokolwiek, ale powiedziałam prawdę.
-I to źle? – zdziwiła się Jade. Przekrzywiła lekko głowę.
-Potem powiedział, że zrobił to, bo chciałby się ze mną przespać, ale nie zrobi tego, bo jestem zbyt żałosna – dodałam. Poczułam gorzki smak w ustach i pieczenie w kącikach oczu. – Ale nie chcę należeć do pieprzonego klubu złamanych serc, okej?
Ethan zaśmiał się cicho.
-Nikt tego nie chce, a i tak w nim jesteśmy – powiedział. Podniosłam gwałtownie głowę i spojrzałam na niego. Zazwyczaj nie okazywał zbyt wielu emocji, ponieważ był jak chodząca nieśmiałość, ale teraz uśmiechał się do mnie w tak ciepły sposób, jakby chciał powiedzieć, że kiedyś musi być lepiej.
Bianca stanęła na palcach, a potem ciężko opadła na pięty. Przez jej twarz przeszedł nieprzyjemny grymas.
-Skoro już sobie tak wyznajemy, co nas gryzie, to chyba zakochałam się w Taylerze – wyrzuciła z siebie.
-Niby że co? – sapnęła Jade. Jej brwi powędrowały niemal do nasadu włosów. – W Taylerze Blacku?
Bianca kiwnęła głową.
-Mhm…
-Czy wszyscy dookoła mnie są zakochani? – prychnęła. – Boże, co za idiotyzm.
-Najwidoczniej – odparłam i rozłożyłam się wygodniej na łóżku. – No dalej – zachęciłam. – Urządźmy sobie spotkanie Klubu Złamanych Serc i powiedzmy wyraźnie, co nam leży na duszy. – Kto zacznie?
Bianca parsknęła śmiechem.
-Skoro to twój pomysł, to ty zacznij.
Wzruszyłam ramionami. Mogłam zacząć tę sesję dla nieszczęśliwie zakochanych, szczególnie, że nie byłam zakochana. Pewnie, lubiłam Dylana i przyjemnie było go całować, chociaż smakował piwem, ale nie czułam nic więcej.
-Już mówiłam, co się stało. Przyszedł, pocałował i zniknął. Nie mam ochoty, żeby pojawiał się kiedykolwiek.
Jade pokręciła głową.
-Nie możesz pozwolić, żeby przez ten pocałunek było niezręcznie – powiedziała.
-Ale to nie wina pocałunku. Nigdy nie myślałam o mnie i Dylanie w t a k i sposób. Jestem realistką i wiem, że byłabym ostatnia na liście do związku z nim. Bez sensu robić sobie problem. Po prostu mnie zdenerwował… Nie jestem żałosna.
-Oh… Okej, nie tego się spodziewałam.
-A czego? Że załamię się z powodu tego pocałunku?
Jade wzruszyła ramionami.
-Nie wiem… Po prostu wydawało mi się, że między wami coś będzie. Dylan zachowuje się przy tobie inaczej i… chciałabym, żeby znalazł w końcu przy kimś spokój.
Zacisnęła szczęki i odwróciłam wzrok w stronę okna.
-Najwidoczniej to nie ja – burknęłam przez zęby. – Nieważne. Kto następny?
-Może ja – zgłosiła się Bianca. – Powiedziałam wam już, co czuję, ale wiem, że to nie ma sensu, bo Tayler to Tayler… Stanowię dla niego wyzwanie i tylko dlatego, ten idiota, wciąż za mną łazi. Jak się okaże, że dostał, co chciał to… ugh! Nie dam mu tej cholernej satysfakcji, żeby mógł mówić, że mnie zdobył!
-Do dupy – skwitowałam. – Ethan?
Chłopak wzruszył tylko ramionami.
-A co ja mogę powiedzieć? – westchnął. – Kocham mojego współlokatora, który woli puknąć każdą ruszającą się istotę poza mną. Chris jest niesamowity, ale czasem mam ochotę potrząsnąć nim i zapytać, czego mi brakuje?
-A nie pomyślałeś, że może on nie lubi penisów? – podpowiedziała Jade.
-Wiem, wiem… Nieważne – mruknął tylko. – Zoey? Teraz ty.
-Uhm, okej… Znaczy, chyba nikogo nie zaskoczy to, że wciąż jestem zakochana w Chace’sie, ale on ma podobne zachcianki jak Chris. Pieprzyłby każdego, ale mnie proponuje przyjaźń… Znaczy, gadamy i w ogóle, a czasem jemy razem obiad na stołówce, jeśli na siebie wpadniemy, ale to takie okropne słyszeć, gdy mówi, że musi iść, bo ma spotkanie z jakąś dziewczyną, chociaż powinien być ze mną! A ostatnio powiedział, że strasznie się cieszy, że możemy się kumplować bez spiny, bo kiedyś coś tam było między nami. To nie było wcale coś! – Zoey wyrzuciła z siebie słowa z prędkością karabinu, a potem odetchnęła. – Nawet mi ulżyło. A co z tobą Jade?
Moja współlokatorka westchnęła.
-Myślicie, że wam jest źle? – szepnęła. – To pomyślcie sobie, że ja mam romans z moim nauczycielem… a w sumie to prawie.
-Coś tak czułam – westchnęłam. – Chodzi o Iana?
-Tak. I nawet całowaliśmy się kilka razy, ale on twierdzi, że jestem jego uczennicą i nie możemy się spotykać.
-Chwila! – Zoey zamachała dłońmi. – Ian Hale?
-Tak – potwierdziła.
-To ty jesteś tą studentką, w której zakochał się mój brat?
-Ian jest twoim bratem?
Zoey kiwnęła głową.
-Przez ciebie zerwał z Leną – dodała i kopnęła w nogę krzesła.
-To nie moja wina – broniła się Jade, ale bez przekonania. Jej głos był wyjątkowi słaby. – To się po prostu stało, dobra?
-Spokojnie – wtrąciłam. – Ty, Zoey, nie powinnaś się czepiać ich o uczucia. Są dorośli i to ich sprawa, tak? A ty, Jade, powinnaś pogadać z Ianem. Jeżeli serio to coś więcej, to wytrzymacie do końca semestru. Zaliczysz zajęcia, a potem profesora.
Oczy Jade zalśniły.
-Nie wierzę, że to powiedziałaś – zaśmiała się. Wzruszyłam lekko ramionami i sięgnęłam po moją portmonetkę. Wyciągnęłam z niej tabletki przeciw lękowe i Deprexan. Wysypałam po dwie tabletki i wrzuciłam je do ust.
-Co to za tabletki? – spytała Bianca.
-Witaminki – odparła za mnie Jade. – Ej, co powiecie na cotygodniowe spotkania klubu? – zaproponowała.
Ethan wzruszył ramionami.
-A czy mamy coś lepszego do roboty?
Zachichotałam.
-Okej, w takim razie spotykamy się, co tydzień i omawiamy postępy w zdobyciu tego, kogo pragniemy, tak? – ustaliłam.

-Brzmi dobrze – potwierdziła Jade.





Hej, tu znów autorka! ^^ Wiem, że wielu ludzi tu nie zagląda, ale jeżeli ktoś z Was to czyta, to proszę, wyraźcie opinię w komentarzu. Zdaję sobie sprawę, że "Sen..." nie jest górnych lotów, więc chcę wiedzieć, co poprawić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz