wtorek, 22 września 2015

Rozdział 2

Rozdział 2

Potrafię tańczyć





Alice’s POV

Rose bawiła się zawieszką na łańcuszku. Na twarzy mojej starszej siostry igrał uśmiech. To było u niej takie naturalne, że nie potrafiła się nie uśmiechać. Zawsze była radosna.
Jak ja.
Nie mogłabym żyć bez ludzi, bez publiki i bez radości. O ile miałam być szczera, to wszystko dawało mi szczęście. Niemożliwością była inna sytuacja, skoro byłam jedną z najbardziej lubianych osób w szkole, miałam cudowną i kochającą rodzinę na czele z Rose, która rozumiała mnie jak nikt inny – nawet mama nie była tak blisko nas, a to po niej odziedziczyłyśmy tę radość no i oczywiście talent plastyczny (za to do rachunków nie miałyśmy głowy, ale matematyczny gen taty dostał się Aleksowi i Mii).
No i taniec.
Nie pamiętałam, kiedy zostałam zapisana na zajęcia. Ponoć ledwo nauczyłam się chodzić, gdy zapragnęłam nauczyć się tańczyć. Byłam w tym dobra, bardzo dobra. Według mojej nauczycielki – pani Snow – miałam naturalny talent. Bez problemów wczuwałam się rytm, a przyswojenie stylów tanecznych przychodziło mi bez trudu. Wystarczyło kilka miesięcy intensywnych ćwiczeń, by dany gatunek wszedł mi w krew i stał się naturalną częścią mnie. Balet, salsa, taniec brzucha, walc i wiele, wiele innych – to wszystko opanowałam niemal do perfekcji. Pod tym względem byłam wyjątkowa.
Miałam też partnera do tańca – Luke’a. Był ode mnie starszy – w wieku Rose i cały czas marudził, że staram się prowadzić w tańcach towarzyskich, ale i tak się lubiliśmy, bo podczas tańca rozumieliśmy się bez słów. No i byliśmy na tym samym poziomie zaawansowania.
Luke chyba kręci z Rose, pomyślałam. To też było prawdopodobne biorąc pod uwagę, że flirtowali w mojej obecności. Pasowaliby do siebie.
-Idziesz dziś ćwiczyć z Lukiem? – spytała moja siostra. Odgarnęła pasmo ciemnych kręconych włosów z twarzy i uśmiechnęła się do mnie. Odpowiedziałam uśmiechem i pokiwałam głową z entuzjazmem.
-Tak. Pani Snow zaprosiła pół miasta na nasz trening, żebyśmy oswoili się z publiką przed zawodami.
-Mogę też przyjść?
-Jasne! Tylko muszę cię ostrzec.
-No?
-Musimy nosić strój do tańca, a to oznacza obcisłe spodnie. Będziesz miała wgląd na tyłek Luke’a.
Policzki Rose się zarumieniły, a potem zachichotała.
-Jak będziesz w moim wieku to odnajdziesz przyjemność w chłopakach i w ich tyłkach.
Wywróciłam oczami.
-Mam dwanaście lat, Rose – przypomniałam jej. – Dotyczą mnie takie rzeczy jak zauroczenia, chłopcy i miesiączka.
-Okej, ale nie dotyczą cię takie rzeczy jak flirt, miłość i seks. Jak skończysz piętnaście lat, będziesz się zakochiwać, flirtować i…
-I szaleć na imprezach i całować się z chłopakami – dokończyłam za nią. – Ale jak dobrze pamiętam to ty pierwszy raz całowałaś się, bo u Lucy grałyście w siedem minut w niebie.
Rose znów się zaśmiała i rzuciła we mnie poduszką.
-Chodźmy już lepiej na ten trening. Chcę już zobaczyć tyłek twojego partnera.
Przewróciłam oczami tak mocno, że aż zabolało.

W moim pokoju był chłopak.
Taki prawdziwy z krwi i kości.
Słyszałam o tym, że akademiki były koedukacyjne, ale nie sądziłam, że aż tak. Do tego moją współlokatorką miała być osoba o imieniu Jade.
Chłopak uśmiechnął się na widok mój i Aleksa. Był dość wysoki – o pół głowę niższy od mojego brata. Miał na sobie czarny podkoszulek opinający umięśniony tors i ramiona, oraz luźne lekko sprane dżinsy. Jeden niesforny kosmyk czekoladowych włosów opadał na jego równie ciemne oczy. Jednym słowem – przystojniak.
-Hej, ty pewnie jesteś Alice Allegra Gray – powiedział.
Zamrugałam. On zna moje imię.
No pewnie, że zna, upomniał mnie głos Rose w mojej głowie. Był cichy i łagodny, zupełnie jakby stała obok mnie. Przecież na dokumentach dotyczących akademika masz napisane imię i nazwisko współlokatora.
-Jestem Dylan – dodał. – A Jade zaraz przyjdzie. Uparła się, że przywita cię w idealnym stanie. – Chłopak wywrócił oczami. – Ona jest nieźle pokręcona.
-Milcz – odezwała się dziewczyna, która stanęła w drzwiach łazienki. Była mniej więcej mojego wzrostu, może trochę wyższa i uśmiechała się szeroko. Jasne włosy opadały jej falami na ramiona okryte białym i gustownym sweterkiem. Delikatny makijaż podkreślał jej zielone oczy i drobne usta ułożone w ciepłym uśmiechu, bardzo podobnym do uśmiechu Rose.
Coś ścisnęło mnie za żołądek.
-Jestem Jade – powiedziała. – Zajęłam już tę połowę – dodała, wskazując na część od strony drzwi. Pokój był niewielki. Miał jedno okno, które wychodziło na ogród. Pod nim stało biurko, a po jego bokach ustawione były nasze łóżka. To należące do Jade miało niebieską pościel. Miałyśmy też do dyspozycji jedną szafę, dwie półki nocne i regał na książki. A, no i w zestawie z biurkiem dostałyśmy też stare obdrapane krzesło.
-I mam nadzieję, że się nie gniewasz, że zajęłam parapet – dodała, przenosząc wzrok na zdjęcia, które tam poustawiała. Nawet nie chciałam na nie patrzeć.
-Okej – odezwałam się w końcu.
-Jesteś jej chłopakiem? – Jade spojrzała się na mojego brata. Alex zaśmiał się i pokręcił głową.
-Tylko starszym bratem. Mam nadzieję, że Alice będzie z tobą bezpieczna.
Posłałam mu mordercze spojrzenie.
-Pewnie. Zaopiekujemy się nią – zapewniła Jade i zerknęła na przyjaciela. Zdecydowania przesadzała z kontaktem wzrokowym. – Co nie, Dylan?
Chłopak wzruszył ramionami.
-Pierwszoklasiści powinni trzymać się razem.
-Idealnie. – Alex otrzepał dłonie i obrócił mnie do siebie. – Masz na siebie uważać, jasne? Nie pij alkoholu, nie wychodź sama poza kampus, zawsze miej przy sobie komórkę i pamiętaj o lekach.
-Okej.
Brat uścisnął mnie mocno. Usłyszałam jak pociąga nosem, a gdy odstawił mnie na miejsce, zobaczyłam, jak wyciera łzy rękawem.
-I trzymaj się przyjaciół.
-Okej.
-Mówisz tylko „okej” – wtrąciła Jade.
-Moja siostra jest dość małomówna, ale szybko nauczycie się z nią porozumiewać – zapewnił Alex i rozczochrał mi włosy. – Dzwoń.
Wywróciłam oczami.
-Okej.
Wielkolud przytulił mnie ostatni raz, pocałował we włosy, a potem wyszedł. Przez moment patrzyłam na drzwi, a potem zamknęłam oczy i odetchnęła. Krok pierwszy WIELKIEGO PLANU UCIECZKI OD PRZESZŁOŚCI został zrealizowany. Byłam sama. Na uniwerku. Setki kilometrów od tamtego miejsca.
-To wszystkie twoje rzeczy? – spytała Jade. Wskazywała dłonią na mój dobytek w postaci pięciu pudeł. Ja wniosłam dwa z nich – te mniejsze – a Alex trzy duże.
-Tak – odparłam. Rzuciłam moją torbę na łóżko i z bocznej kieszeni wyciągnęłam nóż do papieru. Byłam jedną z niewielu dziewczyn, która miała noże. Ona akurat zostały w moim pokoju, w Portland i leżały w walizce pod łóżkiem. W sumie nie wiem czemu je trzymałam. Część z nich była po prostu ładna, ręcznie robiona i zdobiona, a na przykład ten różowy nożyk przydawał się do otwierania zaklejonych przesyłek. Pewnie dla kogoś obcego wydawałam się być wariatką.
Jedno mniejsze i jedno większe pudło włożyłam do szafy. Schowałam tam wszystkie pamiątki, które nie chciałam, żeby wydostały się na światło dzienne. Pozostałe były podpisane. Duże: książki i płyty DVD, małe: przybory szkolne, duże: stroje na specjalne okazje i buty. Natomiast w torbie miałam normalne ubrania, laptop, rzeczy do łazienki i torbę do szkoły, a w niej legitymacje, dokumenty i portfel.
-Ej, chcesz skoczyć z nami na burgery? – spytała Jade. Pokręciłam głową. – Na pewno?
-Chcę odespać podróż i wziąć prysznic – odparłam.
-Okej, to przyniesiemy ci coś na wynos, a potem pogadamy. Obudzę cię jak wrócę.
Nie chciałam gadać. Ani się zaprzyjaźniać. Nie chciałam być też niemiła. W końcu przyjechałam tutaj, żeby coś zmienić. Żeby stać się kimś nowym.
Dlatego kiwnęłam głową.
Jasnym było, że nigdy nie będę starą Alice. Nie wrócę do tego, co odtrąciłam, nie wrócę do rytmu, ale mogłam mieć przyjaciół. W całkiem nowym miejscu mogłam mieć przyjaciółkę i znajomych, bo Rose by tego nie chciała. Nie chciałaby, żebym decydując się na tak ważny krok, przechodziła przez to sama.
Nie chciałaby, żebym była samotna.

Oślepiający blask.
Pisk.
Zgrzyt.
Huk.
Ból.
Cisza.
I mój własny wrzask.
-O Boże, Alice, w porządku? – Jade przyglądała mi się ogromnymi oczami. – Miałaś zły sen?
Kiwnęłam głową.
-Przepraszam – mruknęłam, siadając na łóżku. Zimny pot ściekał mi po twarzy.
-Spokojnie. Jesteś głodna? Przywiozłam ci frytki, burgera i kawę. – Podała mi styropianowe opakowanie i plastikowy kubek. Gdy tylko poczułam zapach fast foodu, zrozumiałam, że byłam głodna niczym wilk, który po głodówce w końcu natrafił na zabłąkane jagnię, które będzie mógł pożreć.
-Jesteś jedną z tych zbłąkanych cichych myszek, co nie? – zagadnęła Jade.
-Zbłąkanych?
-No tak. Wiesz, w liceum nie miałaś znajomych, nie chodziłaś na imprezy, niewiele mówisz i jesteś nieśmiała.
Kiwnęłam głową. To nie do końca była prawda, bo dobrowolnie zrezygnowałam ze wszystkich znajomych i ogólnie z jakiegokolwiek życia. Lubiłam moją nową, bezpieczną egzystencję, ale chyba nie powinnam wyjawiać tego Jade. O wiele bezpieczniej było udawać taką szarą myszkę, niż podawać powody mojego wycofania się z dotychczasowego życia.
-Ale ja jeszcze nie byłam w liceum – dodałam cicho. – Nie miałam przyjaciół do dziesiątej klasy.
-Bez jaj, jesteś na studiach. Musisz mieć osiemnaście lat!
Wywróciłam oczami. Ostatnie dwa lata spędziłam na nauce, żeby wyrwać się z przeklętego Portland.
-Zdałam testy do college’u szybciej.
-O, jesteś łebska. Jaki masz kierunek? Ekonomia? Fizyka? Matma?
-Sztuki piękne.
-Serio? Masz jakieś obrazy?
-Rodzice mi je przyślą.
-Wow, trafiła mi się artystka! Ja wybrałam muzykę. Gram na fortepianie. I trochę śpiewam.
Pokiwałam głową. Nie bardzo wiedziałam, co powiedzieć, bo od dawna przestałam reagować na muzykę. Nie słuchałam jej w drodze do szkoły, nie starałam się wczuć w rytm – ona po prostu gdzieś tam była tak samo jak reszta świata.
-Nieważne, zbieraj się – dodała Jade, widząc, że już zjadłam. Podniosłam na nią głowę.
-Gdzie?
-Jedziemy do chłopaków z Golden Hall. Robią imprezę dla pierwszaków.
-Nie chcę tam iść.
Jade wywróciła oczami.
-Słuchaj, na studia nie idzie się, żeby siedzieć w pokoju. Nie każę ci stać się duszą towarzystwa, ale może poznasz kilka pierwszaków lub starszaków i w razie czego będziesz miała nawet kogoś, kto ci pomoże. Obiecuję, że nie zostawię cię samej. Ja albo Dylan będziemy przy tobie.
-Nie musisz się mną opiekować. Dam sobie radę.
Jade skrzyżowała ramiona piersi.
-Idziesz. Koniec, kropka.
-Ale… Nie możesz mnie zmusić.
Na twarzy mojej współlokatorki pojawił się szeroki, lekko szaleńczy uśmiech. Zatarła dłonie z uciechy.
-Tak sądzisz?
O, czyli jednak idę.

***

Do Golden Hall jechało się autobusem, który kursowało po miasteczku studenckim. Razem z Jade wybrałyśmy miejsca na końcu oddalone od pozostałej czwórki pasażerów. Trochę od niej odstawałam w moim swetrze i dżinsach, podczas gdy ona ubrana była w zwiewną sukienkę.
-Masz chłopaka? – zagadnęła Jade.
-Nie.
-Ja też nie, ale może teraz znajdę jakiegoś fajnego studenta.
-A Dylan?
-Dylan? Kocham go, ale jak starszego brata. Lekki z niego dziwak, ale przyjaźnimy się od zawsze. To dlatego przyjechałam do Nowego Jorku, zamiast zostać w Filadelfii.
-Pochodzisz z Filadelfii?
-Oboje pochodzimy, ja i Dylan. On jest ode mnie rok starszy, no od ciebie o trzy lata. Jest na drugim roku inżynierii.
-Inżynieria? – powtórzyłam. Dylan nie wyglądał jak ktoś studiujący inżynierię. Miałam czas, żeby mu się przyjrzeć, ale i bez tego moim oczom nie umknęły tatuaże na jego ramionach i kolczyki na twarzy.
-Tak… Też nie sądziłam, że wybierze ten kierunek, ale z drugiej strony, co innego mógłby studiować?
Wzruszyłam tylko ramionami.
-Reasumując, Dylan nie jest moim chłopakiem i mam nadzieję, że znajdzie sobie w końcu dziewczynę na stałe. To porządny gość, ale uwielbia przygody na jedną noc.
Pokiwałam głową.
-A ty skąd pochodzisz?
-Z Portland.
-W Maine?
-W Oregon.
-Bez jaj, to na drugim końcu kraju.
-Owszem – przyznałam.
-Nie mogłaś tam iść na studia?
-Zajęcia na tym uniwerku bardziej mi się podobają.
Autobus zatrzymał się pod Golden Hall, który bardzo przypominał Silver Hall, z tym że tam napisano inną nazwę, no i z wnętrza dobiegała głośna muzyka. Od środka akademiki różniły się o wiele bardziej, ponieważ na parterze urządzono coś na rodzaj pokoju wspólnego z kanapami, telewizorem i wszystkim, co byłoby w przeciętnym mieszkaniu, gdyby urządzał je student. Mieli też ogromną kuchnię i chyba coś na rodzaj łazienki dla gości. W Silver Hall było inaczej. Był to budynek, który tworzyły korytarze i dwuosobowe pokoje.
Wytarłam spocone dłonie o spodnie.
-Stresik?
-Odrobinę – przyznałam. Jade poklepała mnie po ramieniu.
-Rozluźnij się. Nikt cię nie ugryzie – zapewniła. – A nawet jeśli to jest tu tyle ludzi, że ktoś by zauważył, jakby inni zacięli się gryźć.
-Nie pocieszyłaś mnie.
Nagle przed nami, jakby spod ziemi, wyrósł Dylan z szerokim uśmiechem.
-Witajcie, dziewczęta.
-Witaj! – Jade zaśmiała się. – To wszystko pierwszaki?
-Nie. – Dylan pokręcił głową, przekrzykując muzykę. – Chcecie się czegoś napić? Mamy solidny zapas alkoholu.
-Ja poproszę drinka, a ona weźmie soczek.
-Ty na serio wzięłaś sobie do serca tę opiekę.
-Przed osiemnastką alkoholu nie sprzedajemy – odparła. Tak naprawdę to alkohol był legalny od dwudziestego pierwszego roku życia, ale kto wytłumaczyłby to studentom?
-Nie ma osiemnastki?
-Jest geniuszem, który przybył na studia w wieku lat szesnastu.
-Super. W takim razie drink i soczek. – Dylan znów się uśmiechnął. Skierował wzrok na mnie. – Masz jakieś specjalne preferencje?
Pokręciłam głową.
-Okej. W takim razie idźcie sobie potańczyć, usiąść, czy co chcecie, a ja zaraz przyniosę wam napoje. Tylko nie wchodźcie na piętro, bo nie będę was szukał wśród obściskujących się par.
-Spokojnie, usiądziemy grzecznie – zapewniła Jade i pociągnęła mnie na kanapę, gdzie siedziała już jedna dziewczyna. Miała proste, jasnobrązowe włosy, trochę za ramiona. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy w jej wyglądzie to nawet nie za duża bluzka i dżinsy, ale to że miała szerokie ramiona, duże piersi i biodra. Nie przeszkadzało mi to, ale póki co spotykałam same chude osoby.
-Cześć, Bianca – rzuciła Jade, siadając obok dziewczyny.
-Nienawidzę cię – odpowiedziała ze śmiertelną powagą. – Nigdy więcej nie dam ci się namówić na imprezę.
Jade wywróciła oczami, a potem uśmiechnęła się do mnie.
-Alice, poznaj proszę moją kuzynkę – Biancę. Bianko, to Alice. Moja współlokatorka.
-Cześć – rzuciła kuzynka Jade.
-Cześć – odparłam. Siedziałam idealnie między tymi dwiema.
Rozmowa nie miała szansy się zacząć, bo podszedł do nas wysoki brunet. Uśmiechał się wesoło i skierował swoją twarz do Jade.
-Dzień dobry, ślicznotko – powiedział.
-Hej – odparła Jade. Uśmiechnęła i zamrugała zalotnie.
Bianca stuknęła mnie w ramię, więc nachyliłam się do niej.
-To typowy mięśniak – powiedziała mi na ucho. – W ciągu ostatniej godziny poderwał już trzy pierwszoroczne i trzy zabrał na piętro.
-Na piętro?
-Na szybki numerek. – Zachichotała. – Podejrzewam, że oni wszyscy są szybcy.
Sama też zachichotałam, co wywołało niezwykłe poruszenie u Jade.
-Ty potrafisz się śmiać! – zawołała zaskoczona. – Myślałam, że mówisz tylko „okej” i przewracasz oczami.
-Oczywiście, że potrafi – prychnęła Bianca. – Wybacz jej, Alice. Ona jest wielką artystką. – Przy wielka i artystka w zabawny przeciągnęła samogłoski.
-Ona też jest artystką. Maluje.
-Serio? – Bianka spojrzała na mnie, krzywiąc się lekko.
-Tak – przyznałam. – Przez ostatnie dwa lata rysowałam i się uczyłam, a że mamy w rodzinie dwóch matematyków, to zrobiłam przyjemność mamie i wybrałam sztuki piękne.
Tak naprawdę wybrałam ten kierunek dla Rose.
-Okej, akceptuję.
Chłopak odchrząknął.
-Wracając do tematu, może chcesz, żebym pokazał ci piętro, Jade? – zaproponował i uśmiechnął  się.
-Nie zechce, idioto – warknął Dylan, podając różowego drinka Jade, a mnie sok pomarańczowy.
-Dziękuję – mruknęłam cicho, za co zostałam obdarzona kolejnym uśmiechem.
-Spieprzaj, Tayler – powiedział Dylan, ściągając groźnie brwi.
-To twoja dziewczyna?
-Przyjaciółka.
-A tamte dwie?
-Jeśli tkniesz Alice, to cię walnę, a Bianca sama skopie ci dupę.
Bianca uśmiechnęła się złośliwie.
-Nie jesteś w moim typie.
Jade zachichotała i wstała, gdy Tayler odszedł na bezpieczną odległość.
-Chodźmy potańczyć – poprosiła.
-Ja nie tańczę – odparłam.
-Nie musisz się wstydzić. Ja też nie potrafię tańczyć.
-Umiem tańczyć, ale nie robię tego.
-Okej, to potańczę sama. – Wstała z kanapy i zaczęła kołysać się w rytm. – Obiecałam, że będę cię pilnować, więc będziesz musiała znosić ten widok.

Zaśmiałam się, gdy wyrzuciła bezładnie ramiona w górę. Wyglądała jak ośmiornica, ale nie obchodziło jej to, bo dobrze się bawiła.





Hej, tutaj autorki bloga - pod wdzięcznym pseudonimem ;) Jeśli to czytasz zostaw po sobie jakiś ślad - chwal, marudź lub po prostu napisz: hej, jestem tu i czytam! Z góry dzięki za jakiekolwiek zaangażowanie.

czwartek, 10 września 2015

Rozdział 1

Rozdział 1

Studentka





Alice’s POV

Poczułam powiew zimnego wiatru na twarzy. Płatki śniegu wlatywały w moją stronę przez dziurę w przedniej szybie. Mróz, który towarzyszył śnieżycy, otrzeźwił mnie dostatecznie, żebym zorientowała się, gdzie byłam i co się stało.
Zamglonym spojrzeniem dojrzałam kilka czerwonych kropel na białym śniegu.

Obudziłam się o wiele wcześniej niż zazwyczaj. Byłam niewyspana i na wpół przytomna, ale musiałam jeszcze zapakować wszystkie moje pudła do auta i pożegnać ze wszystkimi. Jako pierwsza z rodziny Gray’ów wyjeżdżałam na studia w wieku szesnastu lat i do tego na drugi koniec kraju.
Przebrałam się w ubrania, które przyszykowałam sobie dzień wcześniej. Uznałam, że bluza po starszym bracie i workowate dżinsy nadadzą się w sam raz na całodobową podróż z Portland do Nowego Jorku.
Po porannym doprowadzeniu się do porządku, które było częścią mojego rytuału, zeszłam do kuchni. Niemal każdy mój dzień wyglądał tak samo – budziłam się, brałam szybki prysznic, jadłam śniadanie, szłam do szkoły/do biblioteki, wracałam do domu i jadłam w pokoju obiad, potem kolacja, kolejny prysznic i szłam spać. Zero ekscytacji czy niepotrzebnego ryzyka. W między czasie ćwiczyłam, ale to już tylko ze względów zdrowotnych i w tajemnicy przed innymi.
Zgodnie z moim rytuałem zeszłam na dół na śniadanie. Chociaż dziś przyspieszyłam odrobinę codzienną rutynę, to trudno było poznać, że cokolwiek się zmieniło. Tato jak zawsze pił poranną kawę i czytał gazetę, mama krzątała się po kuchni z radosnym uśmiechem, Mia jadła batonik proteinowy, który popijała mlekiem, a Alex – jak na wielkoluda przystało – pochłaniał wszystko to, co przygotowała mama.
Ja – nie psując tego obrazka – usiadłam do stołu i jak zawsze jadłam płatki. Alex – mój starszy brat – szturchnął mnie nogą pod stołem. Chociaż miał już dwadzieścia osiem lat na karku i był na własnym utrzymaniu to wciąż był wkurzający, ale w ten pozytywny sposób. Uśmiechnęłam się do niego, tym samym odpowiadając na jego ciepły uśmiech, który widać było nawet w czystych błękitnych oczach. Ten wielkolud mocno się wśród nas wyróżniał. Wraz z moją siostrą Mią i mamą byłyśmy szatynkami o brązowych oczach. Tata natomiast włosy miał odrobinę popielate, a oczy niebieskie. Za to mój brat… Nie bez powodu nazywałam go wielkoludem. Blondyn o niebieskich oczach mierzący jakiś metr dziewięćdziesiąt i do tego mogący pochwalić się szerokimi ramionami i sportowym umięśnieniem. Ze świecą drugiego takiego szukać.
-Jak tam, studentko? – zagadnął.
Wzruszyłam ramionami.
-Okej.
Moja odpowiedź wywołała śmiech u starszego brata.
-Jak zawsze rozmowna – skomentowała Mia oschle. Jakoś nie było między nami siostrzanej miłości, ale nie dążyłam do tego, żeby mieć z nią bliski i serdeczny kontakt.
-Tylko uważaj tam na siebie, kochanie – powiedziała mama i posłała mi uśmiech.
-I pamiętaj, że w Nowym Jorku seks jest legalny od siedemnastego roku życia – dodał Alex. Gdy tata to usłyszał zakrztusił się swoją kawą i spojrzał na mnie.
-Ty masz zakaz do czterdziestki – oznajmił.
Uniosłam brwi. Czy serio o tym mieliśmy rozmawiać?
-Okej.
-Mogłabyś używać słów poza „okej”? – syknęła Mia. Spojrzałam na nią ze złośliwym uśmieszkiem.
-Okej.
Alex spojrzał na zegarek.
-Chyba powinniśmy się zbierać – powiedział i wstał od stołu. Zrobiłam to samo. Przeszłam do przedpokoju, gdzie zostało jeszcze kilka pudeł, które zapakowaliśmy na przyczepę Pick-upa.
Oto nadeszło ostateczne pożegnanie.
Jako pierwsza podeszła do mnie Mia. Przytuliła mnie lekko, ale nie było w tym niczego… gdyby to Rose się ze mną żegnała uściskałaby mnie tak bardzo, że można by było wyczuć w powietrzu miłość. Teraz to wyglądało jak odbębnienie przykrego obowiązku.
-Trzymaj się tam – mruknęła i odsunęła się, żeby zrobić miejsce tacie. Uśmiechnął się do mnie smutno i przytulał przez długi czas. Wtulił twarz w moje włosy, a tuż przy moim uchu słyszałam, jak pociągał nosem.
-Uważaj na siebie i nie wychodź bez nikogo, kto nie zna miasta. Dzwoń codziennie albo chociaż pisz. I dobrze się odżywiaj. No i nie zapominaj o lekach.
-Dobrze, tato. Nie martw się tak. Zobaczymy się na Święto Dziękczynienia – przypomniałam mu łagodnie.
-Kocham cię, córeczko.
-A ja ciebie.
Zaraz potem do uścisku dołączyła mama i powtórzyła dokładnie to samo, co tata – ona chyba napomknęła też coś o prezerwatywach, ale wyłączyłam się.
-Zadzwonię, gdy będziemy na miejscu – obiecałam, gdy wsiadłam w końcu do samochodu.
-Uważaj na siebie – powiedziała jeszcze mama.
-Dobrze.
Alex wyjechał spod naszego domu. Mieszkaliśmy na przedmieściach, więc do granicy mieliśmy niedaleko. Moje serce ścisnęło się na moment, gdy uświadomiłam sobie, że w końcu wyjeżdżam z Portland. Będę daleko od tego wszystkiego.
Poczułam prawdziwą ulgę, gdy zobaczyłam tabliczkę z napisem: Żegnaj Portland.
Żegnaj, pomyślałam. Nareszcie.

***

-No to jesteśmy – oznajmił Alex. Wjechaliśmy na teren Uniwersytetu Nowojorskiego. Kampus był ogromny i wyglądał jak z obrazka. Przed budynkiem szkoły był zadbany ogród pełen kolorowych kwiatów. Budynki były z czerwonej cegły i wyglądały na wiekowe i nowoczesne jednocześnie. Wszystko to robiło niesamowite wrażenie miasteczka dla dwudziestolatków. Gdy wyjrzałam przez okno mogłam dostrzec tylko młodych roześmianych ludzi.
-Gdzie masz mieszkać? – spytał mój brat. Wyciągnęłam z plecaka papiery i zerknęłam na to co tam napisano.
-Skrzydło zachodnie, budynek Silver Hall. Pokój 213.
-Okej… To chyba niedaleko.
Silver Hall nie dało się nie zauważyć. Nad starymi i pięknie zdobionymi drzwiami ktoś napisał krzywymi drukowanymi literami nazwę budynku.
-Nie wierzę, że już jesteś na studiach – powiedział Alex, gdy nieśliśmy pudła do mojego pokoju. – Moja mała siostrzyczka została studentką.
-Nie jestem taka mała, olbrzymie.
-A ile ty masz wzrostu? Metr czterdzieści?
Zmrużyłam oczy.
-Mam porządny metr sześćdziesiąt trzy. To bardzo dobry wynik.
-Jasne, kurduplu.
Wywróciłam oczami i zatrzymałam się przed pokojem 213. Czułam ucisk w żołądku. Właśnie krok dzielił mnie od ostatecznego wejścia w dorosłość… Nie, nie wchodziłam w dorosłość, bo to już się zdarzyło. Teraz stałam przed drzwiami, które miały zakończyć moje dotychczasowe życia. Odciąć mnie od ciągłych koszmarów.
Odetchnęłam.
-Zestresowana? – spytał Alex.
-Ani trochę. – Nacisnęłam klamkę i przekroczyłam próg pokoju.

Właśnie stałam się studentką.