Rozdział
4
Zajęcia
z kreatywności
Alice’s POV
Luke cofnął się o kilka
kroków, dysząc ciężko. Widać było, że odczuwał tę samą frustrację, co ja –
czemu się zresztą nie dziwiłam. Zbliżały się zawody międzystanowe w tańcu współczesnym, a naszemu
układowi brakowało tego czegoś, co powaliłoby na kolana. Figury wykonywaliśmy
bezbłędnie, ale nie było w tym wyczuwalnej historii, co przecież było dla nas
takie charakterystyczne.
-A może dajmy kilka
obrotów fouetté? – zaproponował mój partner.
Wzruszyłam ramionami.
-Może być, ale czy to
coś zmieni? – odparłam. Tym razem to Luke wzruszył ramionami.
-Nie mamy już nic do
stracenia.
-Międzystanowe mamy do
stracenia.
Rose zaśmiała się i
wstała z ławki, na której siedziała przez ostatnie dwie godziny naszego
treningu. W dłoni trzymała kamerę, ponieważ tradycją stało się nagrywanie
wszystkich moich treningów i występów.
-Jak dla mnie tutaj nic
nie brakuje – powiedziała.
-Brakuje –
powiedzieliśmy jednocześnie z Lukiem.
-Zresztą, widziałaś
układ tych z Waszyngtonu? Wstawili go ostatnio na Facebooka! – dodałam lekko
drżącym głosem. – Są świetni.
-Tak samo jak wy.
Jesteście już mistrzami stanu, tak?
-Tak.
-To i tak dużo. A teraz
zwojujecie cały kraj, jasne?
-Tylko jak, Rose? To co
robimy teraz… To jest okropne!
-To jest dobre.
-O to chodzi, kochanie
– odezwał się Luke – że my nie mamy być dobrzy, tylko świetni. Najlepsi.
Rose westchnęła i
pocałowała krótko swojego chłopaka. Uśmiechnęłam się na widok iskry w oku
Luke’a, którą wywołała Rose. Byli chyba najszczęśliwszą parą jaką kiedykolwiek
spotkałam.
Moja siostra
zachichotała i skierowała kamerę na siebie.
-Uwaga, ludzie, mam
pomysł – powiedziała. – Użyje mojej tajnej mocy, której banda tych głupków nie
ma.
Prychnęłam.
-A o czym dokładnie
mówisz?
Rose uśmiechnęła się
szeroko.
-O kreatywności! –
zawołała.
Luke skrzyżował ramiona
na piersi i uniósł brwi. Jeden niesforny kosmyk jasnobrązowych włosów opadł mu
na oko, więc go zdmuchnął.
-Jesteśmy kreatywni –
zapewnił.
-W taki razie dlaczego
nie wpadliście na pomysł, żeby dodać do tego trochę przedstawienia?
Dylan
wpakował do ust frytkę. Siedzieliśmy akurat na stołówce podczas przerwy
obiadowej. Odbywaliśmy właśnie rozmowę na temat ciastek mojej mamy.
-Portland
nie jest tak daleko – upierał się.
-Musiałabym
lecieć samolotem, żeby wyrobić się przez weekend – odparłam. – Nie stać mnie na
takie przedsięwzięcia, bo tobie się chce ciastek.
-No
ale…
-Podczas
najbliższej przerwy świątecznej pojadę do domu i wtedy ci przywiozę ciastka.
-Ale
to dopiero w październiku!
-Lub
listopadzie. Jeszcze nie wiem, czy w październiku wracam do domu.
Dylan
otworzył szeroko oczy.
-Za
co ty mnie tak nienawidzisz?
Wywróciłam
oczami.
-Przestań
tak panikować, Dyl – wtrąciła Jade. – To tylko ciastka… Wprawdzie pyszne,
rozpływające się w ustach, o uzależniającym smaku, ale wciąż tylko ciastka.
-To
najlepsze ciastka w historii ciastek.
Zachichotałam.
Od tygodnia ta sama śpiewka. Dylan cały czas tylko gadał na temat ciastek, co
jakoś mi nie przeszkadzało. Rozmowy między nami były luźne i przyjacielskie, co
oznaczało, że byłam na dobrej drodze do tego, co chciałam tutaj osiągnąć –
zacząć od nowa. Chciałam zdobyć przyjaciół, ukończyć szkołę i przestać żyć
przeszłością – miałam stworzyć całkiem nową Alice. Ta byłaby już trzecia.
Pierwsza
przyszła całkowicie naturalnie. Była tą prawdziwą – byłam tym, czym byłam ja.
Kochała taniec, publikę, przyjaciół. Posiadała mnóstwo znajomych i świetnie dogadywała
się z rodziną. Miała cudowną starszą siostrę, którą kochała ponad wszystko i
która pomagała jej ze wszystkim.
Druga
nadeszła w momencie odejścia pierwszej i towarzyszyła mi przez ostatnie dwa
lata. Pomogła mi znaleźć się w miejscu, w którym jestem teraz, ale nie była
najweselszą wersją mnie samej. Ona zerwała wszelkie przyjaźnie, odeszła od
tańca i zamykała się w pokoju. Odzywała się tylko w akcie wyższej konieczności,
odcięła się od rzeczywistości. Nie dziwiłam się jej, to był czas depresji,
smutkowi i psychologów – niewiele pomogli z wyjątkiem przepisania mi tabletek,
które musiałam łykać.
I
nareszcie trzecia, najbardziej aktualna w tamtym momencie. Wciąż cicha i
nieśmiała, ale w normalny sposób. Nie miała problemów z rozmawianiem z ludźmi,
których znała i lubiła. Starała się nie żyć przeszłością i czerpać z życia na
swój własny sposób – a, no i ignorować tę drugą, która czasem przychodziła w
odwiedziny.
Zachichotałam,
zdając sobie sprawę z tego, że mówiłam o sobie trzeciej osobie. To był całkiem
nowy poziom dziwactwa.
-Co
cię bawi? – spytał Dylan i wrzucił sobie kilka ostatnich frytek do ust.
-Nic.
Co teraz macie?
-Zajęcia
z kreatywności – odparli jednocześnie.
-A
ty? – dodała Jade.
-Zajęcia
z kreatywności – odpowiedziałam. Uśmiechałam się lekko, chociaż w środku było
mi trochę przykro, bo zwykle na zajęciach siedziałam z Jade, Dylanem lub Biancą
– z wyjątkiem angielskiego, bo tam siedziałam z Zoey. Tak czy inaczej, ponieważ
te zajęcia miała tylko nasza trójka to prawdopodobnie ja miałam siedzieć sama.
Odzwyczaiłam się od tego.
Jade
podniosła się ze swojego miejsca, a ja i Dylan poszliśmy za jej przykładem.
Dziewczyna wyjęła plan z torebki i zmrużyła lekko oczy.
-Gdzie,
do cholery, jest piwnica? – spytała. Nie mogłam się powstrzymać i wywróciłam
oczami. Połowa moich zajęć odbywała się w piwnicy, ponieważ tam były wszystkie
sale przeznaczone zajęciom artystycznym. Drogę do piwnicy po kilku ostatnich
dniach nauki znałam lepiej niż kieszeń własnych spodni.
-Żeby
tam wejść trzeba zejść schodami, tymi koło windy – wyjaśniłam.
-A
czemu nie możemy jechać windą?
-Bo
z jakiego powodu zacina się pod poziomem zero – odparłam i wzruszyłam
ramionami.
-Racja
– przyznał Dylan. – W zeszłym roku dwójka studentów z drugiego roku siedziała
tam trzy godziny.
-A
może tam straszy? – pomyślała na głos Jade. – Ktoś tam kiedyś umarł i teraz
zatrzymuje windy?
-Ja
bym o to posądził wadliwe wykonanie. Winda zatrzymuje się na różnych poziomach,
ale najczęściej pod poziomem zero.
Jade
prychnęła.
-Tego
cię uczą na tych studiach inżynierskich? – zakpiła.
-Och,
przepraszam, że wiem jak działa winda! Lepiej obwiniać duchy.
Zachichotałam.
-Przymknijcie
się oboje – i tak czekają was schody – powiedziałam. – Uważajcie, jest tutaj
ciemno jak w szafie.
-Jak
w szafie? – powtórzył Dylan. – Od kiedy szesnastolatki nie przeklinają? Albo
chociaż nie używają słowa dupa? Ciemno jak w dupie.
-Zamknij
się, durniu – warknęła Jade. – Ona przynajmniej posiada kulturę osobistą.
-Och,
a ja jej nie posiada… Au! – Dylan potknął się w momencie, gdy na schodach objęła
nas całkowita ciemność. Jako że szłam przed nimi, to upadł na mnie. Złapałam
się poręczy i przez moment Dylan wisiał nade mną, jedną ręką trzymając mnie za
ramię, a drugą… położył na mojej piersi. I świetnie zdawał sobie z tego sprawę,
bo zachichotał.
-Cześć
– powiedział.
W
normalnych okolicznościach pewnie bym się wystraszyła albo walnęła go w twarz –
zależy od humoru. Wtedy jednak mogłam tylko zachichotać i odpowiedzieć:
-Cześć.
Jade
poświeciła na nas latarką telefonu.
-Dylan,
ty zboczeńcu, puść moją przyjaciółkę!
-Muszę?
Całkiem przyjemnie się ją przytula – odparł.
-To
pewnie wina swetra – palnęłam. Odruchowo naciągnęłam przydługie rękawy.
Dylan
przycisnął policzek do mojego ramienia.
-Racja
– powiedział. – Mięciutki.
-Zostaw
ten sweter w spokoju – syknęła Jade.
-Ale…
-Już!
Dylan
odsunął się ode mnie i wypuściłam z płuc powietrze. Do tej pory nawet nie
zdawałam sobie sprawy, że wstrzymywałam oddech.
-Chodźmy,
bo się spóźnimy – dodała.
Oczywiście
– nie spóźniliśmy się. Byliśmy z kilkuminutowym zapasem i to jeszcze przed tym
jak zjawili się tam jacyś inni uczniowie. Do klasy weszłam przed dwójką moich
przyjaciół i zajęłam miejsce w pierwszej ławce. Spojrzałam na nich, czekając aż
wejdą, ale oni tylko gapili się na siebie, a potem rzucili się biegiem przez
klasę. Nie do końca wiedziałam, co się dzieje, dopóki Dylan nie zajął miejsca
obok mnie i uniósł zwycięsko pięści.
-Wygrałem!
– zawołał.
-Co
wygrałeś? – spytałam.
-Ciebie…
A w sumie to krzesło.
-To
najgorszy tekst na podryw w historii – parsknęła Jade.
-To
nie jest podryw – odparł.
-To
co?
-Ugh,
czy możemy zmienić temat? – spytałam w momencie, gdy do klasy wszedł wysoki
mężczyzna z przyjaznym uśmiechem. Ciemne włosy opadały mu na oczy w odcieniu
jasnego błękitu. Wyglądał na jakieś trzydzieści lat, ale pewnie gdyby zgolił
ten kilkudniowy zarost to odmłodziłoby go o dobre pięć lat.
Uśmiechnął
się i wyglądał wtedy co najmniej bosko. Jade była chyba tego samego zdania, bo
gapiła się na niego jak ciele w malowane wrota.
-Wow
– powiedział. – Nie sądziłem, że pojawi się tutaj chociaż troje studentów.
-Powinien
być ktoś jeszcze – mruknęłam. Nie chciałam, żeby to usłyszano, ale to by było
trudne zważywszy na to, że w klasie była tylko nasza czwórka. – Znaczy…
Wykładowcy napisali nawet na stronie szkoły, że uczniowie, których kierunkiem
jest aktorstwo, sztuka lub muzyka, powinni uczestniczyć w zajęciach.
Nauczyciel
uśmiechnął się szeroko, ukazując rząd białych zębów, a ja poczułam, że się
rumienie. Może Rose miała rację, mówiąc, że gdy będę miała szesnaście lat to
zacznę inaczej patrzeć na facetów? U niej tego nie zauważałam, po prostu to
przyszło naturalnie, a ja mam wrażenie, jakbym została wrzucona na głęboką
wodę. Przed wyjazdem z Portland nie zwracałam uwagi na chłopaków, a teraz
jakbym była na nich wyczulona – notorycznie rumieniłam się, gdy Adam z zajęć
artystycznych się do mnie uśmiechał, pochwytywałam spojrzenia chłopaków na
korytarzu, dostałam dziwnych skurczów w brzuchu, gdy Dylan mnie dotykał – nawet
przez przypadek, gdy po coś sięgał. Nie potrafiłam się nawet oprzeć urokowi
nauczyciela od kreatywności i odpowiedziałam mu najbardziej urokliwym uśmiechem
jaki tylko posiadałam.
A niech to!
Dylan
szturchnął mnie kolanem pod stołem. Miał lekko ściągnięte brwi i przyglądał się
naszemu wykładowcy.
-Myślicie,
że jest sens czekać na kogoś jeszcze? – spytał, zerkając na drzwi. – Jest pięć
minut po dzwonku.
-Ależ
skąd, możemy zaczynać – zapewniła Jade i uśmiechnęła się szeroko. Jej chyba też
wpadł w oko nowy nauczyciel.
-No
dobrze… Nazywam się Ian Hale i byłbym wdzięczny gdybyście mówili mi po imieniu
– powiedział. – Nie jestem jeszcze tak stary, żeby mi mówić na per pan.
Obie
z Jade zachichotałyśmy, a Dylan zrobił tak naburmuszoną minę, że myślałam, że
zaraz pójdzie sobie do kąta.
-Plus,
nie jestem nauczycielem. Skończyłem aktorstwo, ale tak się złożyło, że
wylądowałem tutaj i będę was uczył kreatywności… Nawet nie wiem, czy wam się to
przyda, ale na pewno będzie fajnie.
-Ja
studiuję muzykę, a Alice sztukę, więc kreatywność nam się przyda, ale nie wiem
jak z Dylanem – wtrąciła Jade.
-Myślisz,
że w inżynierii nie jest potrzebna kreatywność? – burknął mój kolega z ławki. –
Powiesz to swoim przyszłym latającym samochodom.
-Muszę
zgodzić się z Dylanem – stwierdził Ian. – Gdyby nie inżynieria nie mielibyśmy
wielu rzeczy.
Jade
zrobiła naburmuszoną minę, a nasz wspólny przyjaciel wytknął jej język,
pokazując mały srebrny kolczyk, który tam był.
-Tak
czy inaczej, przygotujcie się na dziwactwa, bo to nie będą normalne zajęcia –
zapewnił Ian i obdarował nas kolejnym cudownym uśmiechem. – No… i to chyba na
tyle, jeśli chodzi o pierwsze zajęcia. Możecie sobie teraz porobić co chcecie,
chyba że macie pytania.
-Naprawdę
jesteś aktorem? – spytała Jade.
-I
modelem, ale aktorstwo bardziej mnie kręci.
-Grałeś
w czymś?
-Miałem
kilka epizodycznych ról. Częściej było mnie widać w teatrze.
Jade
uśmiechnęła się. Jej oczy zabłyszczały drapieżnie i już wiedziałam –
instynktownie – że Ian spodobał jej się bardziej niż powinien.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz