piątek, 9 października 2015

Rozdział 4

Rozdział 4

Zajęcia z kreatywności





Alice’s POV

Luke cofnął się o kilka kroków, dysząc ciężko. Widać było, że odczuwał tę samą frustrację, co ja – czemu się zresztą nie dziwiłam. Zbliżały się zawody  międzystanowe w tańcu współczesnym, a naszemu układowi brakowało tego czegoś, co powaliłoby na kolana. Figury wykonywaliśmy bezbłędnie, ale nie było w tym wyczuwalnej historii, co przecież było dla nas takie charakterystyczne.
-A może dajmy kilka obrotów fouetté? – zaproponował mój partner.
Wzruszyłam ramionami.
-Może być, ale czy to coś zmieni? – odparłam. Tym razem to Luke wzruszył ramionami.
-Nie mamy już nic do stracenia.
-Międzystanowe mamy do stracenia.
Rose zaśmiała się i wstała z ławki, na której siedziała przez ostatnie dwie godziny naszego treningu. W dłoni trzymała kamerę, ponieważ tradycją stało się nagrywanie wszystkich moich treningów i występów.
-Jak dla mnie tutaj nic nie brakuje – powiedziała.
-Brakuje – powiedzieliśmy jednocześnie z Lukiem.
-Zresztą, widziałaś układ tych z Waszyngtonu? Wstawili go ostatnio na Facebooka! – dodałam lekko drżącym głosem. – Są świetni.
-Tak samo jak wy. Jesteście już mistrzami stanu, tak?
-Tak.
-To i tak dużo. A teraz zwojujecie cały kraj, jasne?
-Tylko jak, Rose? To co robimy teraz… To jest okropne!
-To jest dobre.
-O to chodzi, kochanie – odezwał się Luke – że my nie mamy być dobrzy, tylko świetni. Najlepsi.
Rose westchnęła i pocałowała krótko swojego chłopaka. Uśmiechnęłam się na widok iskry w oku Luke’a, którą wywołała Rose. Byli chyba najszczęśliwszą parą jaką kiedykolwiek spotkałam.
Moja siostra zachichotała i skierowała kamerę na siebie.
-Uwaga, ludzie, mam pomysł – powiedziała. – Użyje mojej tajnej mocy, której banda tych głupków nie ma.
Prychnęłam.
-A o czym dokładnie mówisz?
Rose uśmiechnęła się szeroko.
-O kreatywności! – zawołała.
Luke skrzyżował ramiona na piersi i uniósł brwi. Jeden niesforny kosmyk jasnobrązowych włosów opadł mu na oko, więc go zdmuchnął.
-Jesteśmy kreatywni – zapewnił.
-W taki razie dlaczego nie wpadliście na pomysł, żeby dodać do tego trochę przedstawienia?

Dylan wpakował do ust frytkę. Siedzieliśmy akurat na stołówce podczas przerwy obiadowej. Odbywaliśmy właśnie rozmowę na temat ciastek mojej mamy.
-Portland nie jest tak daleko – upierał się.
-Musiałabym lecieć samolotem, żeby wyrobić się przez weekend – odparłam. – Nie stać mnie na takie przedsięwzięcia, bo tobie się chce ciastek.
-No ale…
-Podczas najbliższej przerwy świątecznej pojadę do domu i wtedy ci przywiozę ciastka.
-Ale to dopiero w październiku!
-Lub listopadzie. Jeszcze nie wiem, czy w październiku wracam do domu.
Dylan otworzył szeroko oczy.
-Za co ty mnie tak nienawidzisz?
Wywróciłam oczami.
-Przestań tak panikować, Dyl – wtrąciła Jade. – To tylko ciastka… Wprawdzie pyszne, rozpływające się w ustach, o uzależniającym smaku, ale wciąż tylko ciastka.
-To najlepsze ciastka w historii ciastek.
Zachichotałam. Od tygodnia ta sama śpiewka. Dylan cały czas tylko gadał na temat ciastek, co jakoś mi nie przeszkadzało. Rozmowy między nami były luźne i przyjacielskie, co oznaczało, że byłam na dobrej drodze do tego, co chciałam tutaj osiągnąć – zacząć od nowa. Chciałam zdobyć przyjaciół, ukończyć szkołę i przestać żyć przeszłością – miałam stworzyć całkiem nową Alice. Ta byłaby już trzecia.
Pierwsza przyszła całkowicie naturalnie. Była tą prawdziwą – byłam tym, czym byłam ja. Kochała taniec, publikę, przyjaciół. Posiadała mnóstwo znajomych i świetnie dogadywała się z rodziną. Miała cudowną starszą siostrę, którą kochała ponad wszystko i która pomagała jej ze wszystkim.
Druga nadeszła w momencie odejścia pierwszej i towarzyszyła mi przez ostatnie dwa lata. Pomogła mi znaleźć się w miejscu, w którym jestem teraz, ale nie była najweselszą wersją mnie samej. Ona zerwała wszelkie przyjaźnie, odeszła od tańca i zamykała się w pokoju. Odzywała się tylko w akcie wyższej konieczności, odcięła się od rzeczywistości. Nie dziwiłam się jej, to był czas depresji, smutkowi i psychologów – niewiele pomogli z wyjątkiem przepisania mi tabletek, które musiałam łykać.
I nareszcie trzecia, najbardziej aktualna w tamtym momencie. Wciąż cicha i nieśmiała, ale w normalny sposób. Nie miała problemów z rozmawianiem z ludźmi, których znała i lubiła. Starała się nie żyć przeszłością i czerpać z życia na swój własny sposób – a, no i ignorować tę drugą, która czasem przychodziła w odwiedziny.
Zachichotałam, zdając sobie sprawę z tego, że mówiłam o sobie trzeciej osobie. To był całkiem nowy poziom dziwactwa.
-Co cię bawi? – spytał Dylan i wrzucił sobie kilka ostatnich frytek do ust.
-Nic. Co teraz macie?
-Zajęcia z kreatywności – odparli jednocześnie.
-A ty? – dodała Jade.
-Zajęcia z kreatywności – odpowiedziałam. Uśmiechałam się lekko, chociaż w środku było mi trochę przykro, bo zwykle na zajęciach siedziałam z Jade, Dylanem lub Biancą – z wyjątkiem angielskiego, bo tam siedziałam z Zoey. Tak czy inaczej, ponieważ te zajęcia miała tylko nasza trójka to prawdopodobnie ja miałam siedzieć sama. Odzwyczaiłam się od tego.
Jade podniosła się ze swojego miejsca, a ja i Dylan poszliśmy za jej przykładem. Dziewczyna wyjęła plan z torebki i zmrużyła lekko oczy.
-Gdzie, do cholery, jest piwnica? – spytała. Nie mogłam się powstrzymać i wywróciłam oczami. Połowa moich zajęć odbywała się w piwnicy, ponieważ tam były wszystkie sale przeznaczone zajęciom artystycznym. Drogę do piwnicy po kilku ostatnich dniach nauki znałam lepiej niż kieszeń własnych spodni.
-Żeby tam wejść trzeba zejść schodami, tymi koło windy – wyjaśniłam.
-A czemu nie możemy jechać windą?
-Bo z jakiego powodu zacina się pod poziomem zero – odparłam i wzruszyłam ramionami.
-Racja – przyznał Dylan. – W zeszłym roku dwójka studentów z drugiego roku siedziała tam trzy godziny.
-A może tam straszy? – pomyślała na głos Jade. – Ktoś tam kiedyś umarł i teraz zatrzymuje windy?
-Ja bym o to posądził wadliwe wykonanie. Winda zatrzymuje się na różnych poziomach, ale najczęściej pod poziomem zero.
Jade prychnęła.
-Tego cię uczą na tych studiach inżynierskich? – zakpiła.
-Och, przepraszam, że wiem jak działa winda! Lepiej obwiniać duchy.
Zachichotałam.
-Przymknijcie się oboje – i tak czekają was schody – powiedziałam. – Uważajcie, jest tutaj ciemno jak w szafie.
-Jak w szafie? – powtórzył Dylan. – Od kiedy szesnastolatki nie przeklinają? Albo chociaż nie używają słowa dupa? Ciemno jak w dupie.
-Zamknij się, durniu – warknęła Jade. – Ona przynajmniej posiada kulturę osobistą.
-Och, a ja jej nie posiada… Au! – Dylan potknął się w momencie, gdy na schodach objęła nas całkowita ciemność. Jako że szłam przed nimi, to upadł na mnie. Złapałam się poręczy i przez moment Dylan wisiał nade mną, jedną ręką trzymając mnie za ramię, a drugą… położył na mojej piersi. I świetnie zdawał sobie z tego sprawę, bo zachichotał.
-Cześć – powiedział.
W normalnych okolicznościach pewnie bym się wystraszyła albo walnęła go w twarz – zależy od humoru. Wtedy jednak mogłam tylko zachichotać i odpowiedzieć:
-Cześć.
Jade poświeciła na nas latarką telefonu.
-Dylan, ty zboczeńcu, puść moją przyjaciółkę!
-Muszę? Całkiem przyjemnie się ją przytula – odparł.
-To pewnie wina swetra – palnęłam. Odruchowo naciągnęłam przydługie rękawy.
Dylan przycisnął policzek do mojego ramienia.
-Racja – powiedział. – Mięciutki.
-Zostaw ten sweter w spokoju – syknęła Jade.
-Ale…
-Już!
Dylan odsunął się ode mnie i wypuściłam z płuc powietrze. Do tej pory nawet nie zdawałam sobie sprawy, że wstrzymywałam oddech.
-Chodźmy, bo się spóźnimy – dodała.
Oczywiście – nie spóźniliśmy się. Byliśmy z kilkuminutowym zapasem i to jeszcze przed tym jak zjawili się tam jacyś inni uczniowie. Do klasy weszłam przed dwójką moich przyjaciół i zajęłam miejsce w pierwszej ławce. Spojrzałam na nich, czekając aż wejdą, ale oni tylko gapili się na siebie, a potem rzucili się biegiem przez klasę. Nie do końca wiedziałam, co się dzieje, dopóki Dylan nie zajął miejsca obok mnie i uniósł zwycięsko pięści.
-Wygrałem! – zawołał.
-Co wygrałeś? – spytałam.
-Ciebie… A w sumie to krzesło.
-To najgorszy tekst na podryw w historii – parsknęła Jade.
-To nie jest podryw – odparł.
-To co?
-Ugh, czy możemy zmienić temat? – spytałam w momencie, gdy do klasy wszedł wysoki mężczyzna z przyjaznym uśmiechem. Ciemne włosy opadały mu na oczy w odcieniu jasnego błękitu. Wyglądał na jakieś trzydzieści lat, ale pewnie gdyby zgolił ten kilkudniowy zarost to odmłodziłoby go o dobre pięć lat.
Uśmiechnął się i wyglądał wtedy co najmniej bosko. Jade była chyba tego samego zdania, bo gapiła się na niego jak ciele w malowane wrota.
-Wow – powiedział. – Nie sądziłem, że pojawi się tutaj chociaż troje studentów.
-Powinien być ktoś jeszcze – mruknęłam. Nie chciałam, żeby to usłyszano, ale to by było trudne zważywszy na to, że w klasie była tylko nasza czwórka. – Znaczy… Wykładowcy napisali nawet na stronie szkoły, że uczniowie, których kierunkiem jest aktorstwo, sztuka lub muzyka, powinni uczestniczyć w zajęciach.
Nauczyciel uśmiechnął się szeroko, ukazując rząd białych zębów, a ja poczułam, że się rumienie. Może Rose miała rację, mówiąc, że gdy będę miała szesnaście lat to zacznę inaczej patrzeć na facetów? U niej tego nie zauważałam, po prostu to przyszło naturalnie, a ja mam wrażenie, jakbym została wrzucona na głęboką wodę. Przed wyjazdem z Portland nie zwracałam uwagi na chłopaków, a teraz jakbym była na nich wyczulona – notorycznie rumieniłam się, gdy Adam z zajęć artystycznych się do mnie uśmiechał, pochwytywałam spojrzenia chłopaków na korytarzu, dostałam dziwnych skurczów w brzuchu, gdy Dylan mnie dotykał – nawet przez przypadek, gdy po coś sięgał. Nie potrafiłam się nawet oprzeć urokowi nauczyciela od kreatywności i odpowiedziałam mu najbardziej urokliwym uśmiechem jaki tylko posiadałam.
A niech to!
Dylan szturchnął mnie kolanem pod stołem. Miał lekko ściągnięte brwi i przyglądał się naszemu wykładowcy.
-Myślicie, że jest sens czekać na kogoś jeszcze? – spytał, zerkając na drzwi. – Jest pięć minut po dzwonku.
-Ależ skąd, możemy zaczynać – zapewniła Jade i uśmiechnęła się szeroko. Jej chyba też wpadł w oko nowy nauczyciel.
-No dobrze… Nazywam się Ian Hale i byłbym wdzięczny gdybyście mówili mi po imieniu – powiedział. – Nie jestem jeszcze tak stary, żeby mi mówić na per pan.
Obie z Jade zachichotałyśmy, a Dylan zrobił tak naburmuszoną minę, że myślałam, że zaraz pójdzie sobie do kąta.
-Plus, nie jestem nauczycielem. Skończyłem aktorstwo, ale tak się złożyło, że wylądowałem tutaj i będę was uczył kreatywności… Nawet nie wiem, czy wam się to przyda, ale na pewno będzie fajnie.
-Ja studiuję muzykę, a Alice sztukę, więc kreatywność nam się przyda, ale nie wiem jak z Dylanem – wtrąciła Jade.
-Myślisz, że w inżynierii nie jest potrzebna kreatywność? – burknął mój kolega z ławki. – Powiesz to swoim przyszłym latającym samochodom.
-Muszę zgodzić się z Dylanem – stwierdził Ian. – Gdyby nie inżynieria nie mielibyśmy wielu rzeczy.
Jade zrobiła naburmuszoną minę, a nasz wspólny przyjaciel wytknął jej język, pokazując mały srebrny kolczyk, który tam był.
-Tak czy inaczej, przygotujcie się na dziwactwa, bo to nie będą normalne zajęcia – zapewnił Ian i obdarował nas kolejnym cudownym uśmiechem. – No… i to chyba na tyle, jeśli chodzi o pierwsze zajęcia. Możecie sobie teraz porobić co chcecie, chyba że macie pytania.
-Naprawdę jesteś aktorem? – spytała Jade.
-I modelem, ale aktorstwo bardziej mnie kręci.
-Grałeś w czymś?
-Miałem kilka epizodycznych ról. Częściej było mnie widać w teatrze.

Jade uśmiechnęła się. Jej oczy zabłyszczały drapieżnie i już wiedziałam – instynktownie – że Ian spodobał jej się bardziej niż powinien.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz