Rozdział
5
Sen
wśród książek
Alice’s POV
-Alice!
„PĄCZKOWANIE – RODZAJ ROZMNAŻANIA BEZPŁCIOWEGO,
POLEGAJĄCY NA WYTWARZANIU PRZEZ ORGANIZM RODZICIELSKI MAŁEGO FRAGMENTU, KTÓRY
PO ODERWANIU SIĘ OD RODZICA SAMODZIELNIE ROZWIJA SIĘ W IDENTYCZNĄ GENETYCZNIE
KOPIĘ.”
-Alice!
Byłam akurat w trakcie
uczenia się biologii, kiedy Mia pstryknęła mi palcami przed twarzą. Spojrzałam
na nią odrobinę nieprzytomnie. Myślami wciąż byłam przy metodach rozmnażania
bezpłciowego. Chciałam powtórzyć sobie wiadomości, ponieważ jutro miałam pisać
test maturalny z biologii – dziś zdawałam angielski i matematykę i poszło mi
naprawdę dobrze.
-Hm?
-Naprawdę masz zamiar
iść na kierunek sztuka?
-Mhm.
Podczas obiadu
oznajmiłam rodzicom, że wybrałam już kierunek – sztuka. Nie to ich jednak
zaszokowało, a to iż chcę studiować w Nowym Jorku. Wiele kilometrów od domu.
Oczywiście próbowali mnie namówić, żebym wybrała któryś z uniwersytetów w
Portland, ale nie miałam zamiaru zmieniać zdania i po długim momencie milczenia
i braku reakcji na przekonywania – skapitulowali.
Moją siostrę jednak
ubodło to, jaki kierunek sobie obrałam.
-I co ty będziesz robić
po takich studiach?
Wzruszyłam ramionami.
Mogłam uczyć plastyki. Mogłam zostać artystką. A jeśli szczęście by mi dopisało
mogłabym robić to, co sobie zaplanowałam. Otworzyłabym niewielką księgarnie lub
zatrudniłam się w bibliotece i do końca życia układałabym książki. Kiedyś moim
marzeniem był taniec i publika, dziś chciałam móc mieć spokój i nic więcej, a
czy jest coś bardziej spokojnego niż książki?
-Jeżeli robisz to, bo
Rose też wybrała ten kierunek to przestań.
Wywróciłam oczami.
Chciałabym powiedzieć Mii, że to nie przez Rose, bo naprawdę lubiłam rysować.
Cały mój pokój wypełniony był rysunkami, szkicami, obrazami… Niestety, żeby coś
powiedzieć musiałabym się odezwać, a ja nie miałam ochoty na rozmowy.
-Odpuść sobie zgrywanie
super siostry, bo już na to za późno.
To było jak cios w
brzuch. Na moment zabrakło mi tchu, a w oczach poczułam piekące łzy, ale nie
uroniłam ani jednej.
Wzięłam wdech i
podniosłam się z mojego łóżka. Miałam na sobie bluzę po Aleksie i jakieś
spodnie od dresu, więc zapewne nie wyglądałam poważnie, gdy otworzyłam drzwi i
gestem wskazałam, aby Mia opuściła mój pokój. Przez moment starsza siostra
mrużyła wściekle oczy i mierzyła mnie swym morderczym spojrzeniem, ale gdy je
wytrzymałam, uznała, że zostawi mnie w spokoju.
-Gdzie
idziesz? – spytała Jade, gdy wkładałam moje trampki.
-Do
biblioteki – odparłam.
-Po
co?
-Praca
studencka.
-Nie
mówiłaś, że pracujesz w bibliotece – mruknął Dylan znad ekranu laptopa.
Przeszukiwał właśnie czeluści Internetu w poszukiwaniu przepisu na ciastka. Zebrał
już trzydzieści potencjalnych przepisów i miał zamiar je przetestować.
-Nie
pytaliście.
-O
której kończysz?
-Koło
jedenastej.
-Będzie
ciemno – zauważył Dylan.
Wywróciłam
oczami.
-Jakoś
trafię.
-A
jak napadnie cię jakiś zbok? – spytała Jade.
-Nie
napadnie.
-Czy
ja wiem, po ciemku i kilku piwach każdy jest dużo atrakcyjniejszy – wtrącił
Dylan, wciąż wpatrując się w ekran.
Auć! Nie
żeby mi zależało czy coś, ale kurczę, fajnie by było, gdyby Dylan uznał mnie za
ładną.
-To
było chamskie – stwierdziła Jade.
-Ale
co?
-To
co powiedziałeś.
-Aha.
Chodźmy. – Podniósł się z krzesła i spojrzał na mnie z wyczekiwaniem w oczach.
-My?
-Przecież
cię samej nie puszczę – prychnął.
-Dam
sobie radę sama.
-Mowy
nie ma! Nie będę zamartwiał się przez następnych pięć godzin tym, czy nikt cię
nie porwał lub nie zbałamucił!
-Kto
mówi zbałamucił?
-Ja.
Nie marudź, idziemy.
***
Dylan
nie był najlepszym pomocnikiem. Nie do końca potrafił zorientować się, gdzie
odłożyć jaką książkę, więc w końcu wysłałam go, żeby poczekał ma mnie przy
stoliku w czytelni na dole. Samej praca szła mi o wiele sprawniej i
przyjemniej. Lubiłam ten spokój, który panował w bibliotece – cisza i
ewentualny szelest przewracanych kartek papieru.
Odłożyłam
właśnie Króla Edypa na swoje miejsce
wśród półek, gdy w kieszeni spodni zawibrował mój telefon. To Zoey napisała mi
SMS.
Zoey: Hej, będziesz na imprezie w Golden Hall w piątek?
Ja: Nie mam pojęcia. Nie chce mi się tam iść, ale Jade
pewnie mnie wyciągnie.
Zoey: Chace mieszka w Golden Hall.
Ja: Chace – masz na myśli twojego byłego chłopaka, który
jest dupkiem, bo cię zostawił, gdy był na pierwszym roku studiów, a ty w tym
czasie kończyłaś liceum i chciał się wyszaleć?
Zoey: Idealnie to podsumowałaś :’(
Ja: A czy wspominałam też o złamanym sercu?
Zoey: Błagam – przestań.
Uśmiechnęłam
się lekko. Z jakiegoś powodu ludzie lubili mi się zwierzać, darzyli mnie
zaufaniem – najwidoczniej miałam w sobie ukrytego psychoterapeutę, którego inni
wyczuwali. Tak czy inaczej ten dar – a może przekleństwo – zadziałało i Zoey
już pierwszego dnia znajomości zwierzyła mi się i opowiedziała swoją historię.
Z
Chace’em chodzili do jednego liceum i on był rok starszy. Oboje mieszkali w
Filadelfii – tak samo jak Dylan i Jade, ale się nie znali. To znaczy Zoey była
dość nieśmiała i Chace’a poznała przez przypadek, ponieważ podczas lunchu
wylała na niego sok, co go bardzo rozbawiło. Dalej to już jakoś poszło, jak to
stwierdziła sama Zoey. Tak czy inaczej Chace nie był nieśmiały i chociaż chodził
do innego liceum to na jednej z imprez poznał Dylana i byli przyjaciółmi. To
dlatego Chace wybrał uniwersytet w Nowym Jorku i tutaj poznał nowe możliwości.
Sama Zoey przeprowadziła się do NY, ponieważ jej ojciec uciekł z młodszą
kochanką, a matka popadła w alkoholizm, więc opiekę nad nią przejął jej starszy brat.
Ja: A dlaczego pytasz, czy tam pójdę?
Zoey: Ponieważ niejaki Chris mnie zaprosił. Pomogłam mu z
zadaniem z ekonomii i powiedział, że mogę wpaść. Fajnie by było wyrwać się z
akademika, bo dziewczyna, z którą mieszkam jest straszna, a nie chcę iść sama.
Ja: Możemy iść razem. Ostatnio jak tam byłam to z Biancą
zjadłyśmy im niemal całą zawartość lodówki. ;)
Zoey: DZIĘKUJĘ!!! :*
Ja: Proszę.
Odłożyłam
ostatnią książkę na półkę i zerknęłam na zegarek w komórce. Zbliżała się
dwudziesta trzecia – stoliki pościerałam już wcześniej, więc mogłam pójść po
Dylana i skończyć pracę na dziś.
Znalazłam
go na parterze biblioteki, gdzie leżał przy jednym ze stolików. Usta miał lekko
rozchylone i wyglądał wtedy… Boże, wyglądał tak uroczo i słodko, że miałam
ochotę go pocałować i poszczypać w policzki. Cholera, miałam ochotę polizać go
po tej słodkiej twarzy!
Na
szczęście się powstrzymałam i jedynie zrobiłam mu zdjęcia, które wysłałam Jade
z dopiskiem: MÓJ OBROŃCA USNĄŁ ^^.
Szturchnęłam
lekko Dylana. Otworzył zaspane oczy i spojrzał na mnie lekko nieprzytomny.
-Mmm…
No?
-Skończyłam
na dziś.
-Jeszcze
pięć minut.
-Rusz
się albo pójdę bez ciebie – zagroziłam. Uniósł brwi i uśmiechnął się figlarnie,
po czym wstał i poprawił koszulę, w której był.
-Okej.
Wyszliśmy
na chłodne nocne powietrze. Rzeczywiście było zaskakująco ciemno jak na
pierwszy tydzień sierpnia i zaskakująco dużo osób nas mijało. Większość z nich
znała Dylana i nasza podróż do akademika Silver Hall w dziewięćdziesięciu
procentach składała się z powitań i podtrzymywaniu lekko pijanych studentów.
Spokojnie zrobiło się dopiero jakieś trzysta metrów od mojego akademika.
-Hej,
Alice?
-Hm?
-Ja
wcale nie myślę, że nie jesteś ładna.
Podniosłam
na niego wzrok i zaśmiałam się.
-Niezbyt
przejęłam się tamtą opinią – skłamałam. – Ale dziękuję.
-Po
prostu chodziło mi o to, że skoro brzydkie dziewczyny są ładne po alkoholu, no
to reszta dziewczyn… wiesz.
-Czy
ty próbujesz powiedzieć, że jestem ładna?
-Tak.
Nie… Nie wiem.
Uśmiechnęłam
się lekko i pokręciłam głową.
-Nie
musisz się usprawiedliwiać. Rozumiem.
-Aha,
okej. – Kopnął kamyk, który odbił się w stronę kwiatów. – Uhm… Tak w ogóle to w
piątek jest impreza w Golden Hall.
-Tam
co chwila jest jakaś impreza.
-Tak,
wiem, ale… Pomyślałem sobie, że fajnie by było gdybyś przyszła. Z jakiegoś
powodu, gdy ty jesteś wszyscy bawią się dobrze.
-I
tak miałam zamiar tam iść. Koleżanka mnie o to prosiła.
-No
to… fajnie. – Zatrzymaliśmy się pod Silver Hall. – Będę już leciał.
Przez
moment patrzyłam za nim, jak odchodził, aż kompletnie rozmył się w ciemności.
Potem sama też wróciłam do pokoju.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz